Strona:PL Sue - Siedem grzechów głównych.djvu/1593

Ta strona została przepisana.

podobnej niecnoty z taką obojętnością i to jeszcze w czcigodnym domu urzędnika.
— No, no! — rzeki Segoffin z naiwnym uśmiechem — cóż takiego?
— Jakto? co takiego! ściskać i całować tę dziewczynę w mojej obecności, kiedy mnie zawzięcie prześladujesz twojemi miłosnemi oświadczeniami?
— Zazdrosna!
— Zazdrosna! ja? Nie nabijaj tem sobie głowy! Jeżelibym kiedy miała iść za mąż, od czego zachowaj mnie Boże, to pewniebym nie ciebie wybrała.
— Niewiadomo...
— Jakto, już to ja wiem dobrnę.
— Co ma być, to będzie, moja kochana.
— Ależ...
— Dajmy temu pokój, dajmy pokój — rzekł flegmatyk. przerywając Zuzannie Robertowej z najpewniejszą o siebie zarozumiałością — pragniesz jak najgoręcej zaślubić mnie. Co ma być, to będzie, nie mówmy o tem.
— O! Chryste Panie! — zawołała powiernica sędziny, urażona do żywego takiem zarozumialstwem tego człowieka; pocztem, wyrzucając sobie podobne uniesienie, dodała z szyderczym spokojem. — Masz słuszność, panie Segoffin, nie mówmy już o takiem głupstwie. Powinniśmy teraz mówić tylko o Panu. Oto kostjum jego już gotowy, trzeba mu odnieść do pokoju, bo zapewne wkrótce powróci, z trybunału.
— Ah — westchnął Segoffin, kiwając głową — trybunał...
I wydał jeszcze głębsze westchnienie.
Westchnienie było rzeczą tak rzadką u tego obojętnego, na wszystko człowieka, że pani Robertowa, nadzwyczajnie.zatrwożona, zapytała go skwapliwie:
— Co ci jest, czego tak wzdychasz, ty, którego zwykle nic nie wzrusza?
— Spodziewałem się tego — odpowiedział Segoffin, ki-