Strona:PL Sue - Siedem grzechów głównych.djvu/744

Ta strona została przepisana.
XI.

Pan Paskal, na widok Antoniny, którą już drugi raz tegoż samego poranku oglądał, został, jakeśmy już powiedzieli, zdjęty największem zdumieniem, a zarazem i uwielbieniem tej piękności tak niewinnej, tak czystej.
— Nareszcie! przybywa pan! — zawołał Karol Dutertre z serdecznem wylaniem, wyciągając obie ręce do pana Paskala, gdy zostali sami w pokoju. — Czy pan uwierzy, żeśmy już zaczynali powątpiewać o twojej słowności? Przez cały tydzień cieszyliśmy się z żoną na dzisiejszy poranek, gdyż po rocznicy urodzin naszych dzieci, dniem, który obchodzimy z największem szczęściem, jest ten dzień, od którego, dzięki panu, datuje się pewność i bezpieczeństwo ich przyszłości. To tak dobrze, tak słodko, z wdzięcznością uczuć się godnym szlachetnego czynu, który równie zaszczyca dawcę, jak i odbierającego.
Pan Paskal nie zdawał się słyszeć tych wyrazów pana Dutertre, i rzekł do niego:
— Któż to jest ta młodziutka osoba, która stąd wyszła?
— Panna Antonina Hubert.
— Czy to nie krewna prezesa Hubert, który niedawno tak ciężko chorował?
— Tak, jego synowicą.
— Ah! — zawołał Paskal z namysłem.
— Wiadomo panu, że gdyby mój ojciec nie znajdował się w naszem gronie — rzekł pan Dutertre z uśmiechem —