Strona:PL Sue - Siedem grzechów głównych.djvu/860

Ta strona została przepisana.

Antoniny. Lecz na kurytarzu spotkały starego służącego, który powiedział do Zofji.
— Pan Dutertre chce widzieć się z panią natychmiast.
— Mój mąż! gdzież on jest?
— Na dole, w dorożce przed bramą; przysłał tylko do mnie odźwiernego, ażebym panią poprosił na dół.
— To rzeczy szczególne; czemuż on tu nie przyszedł? — rzekła Zofja spoglądając na swą przyjaciółkę.
— Pan Dutertre pragnie tylko kilka słów pani powiedzieć — dodał Piotr.
Pani Dutertre zatrwożona udała się za nim, powiedziawszy pierwej do margrabiny.
— Ja wracam natychmiast, moja przyjaciółko, gdyż pragnę jak najspieszniej wiedzieć o skutku wizyty księcia.
Magdalena pozostała sama.
— Dobrzem uczyniła, śpiesząc się tak bardzo — pomyślała z pewnym rodzajem goryczy — dobrzem uczyniła, idąc za pierwszym popędem wspaniałomyślności; jutro byłoby już za późno, nie miałabym może odwagi poświęcić się dla Antoniny. Dziwna rzecz, przed godziną myśląc o Franciszku i o niej, nie czułam żadnego niepokoju, tylko jakiś słodki smutek, a teraz serce moje ściska się powoli, napełnia się boleścią... i cierpię... o!... bardzo cierpię...
Nagłe wejście Zofji przerwało dalsze uwagi margrabiny, domyśliła się jakiegoś wielkiego nieszczęścia ze złowrogiego, prawie obłąkanego wyrazu twarzy pani Dutertre, która rzekła do niej głosem ucinanym i stłumionym:
— Magdaleno... ofiarowałaś mi twoje usługi... przyjmuję je teraz...
— Wielki Boże! Zofjo... co ci jest?
— Położenie nasze jest okropne.
— Wytłumacz się.
— Może jutro... Karol zostanie uwięziony.