Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/116

Ta strona została uwierzytelniona.

napełniając pustą po raz szósty czarkę Sporusa. — Pijesz, jak baba. Powiadasz, że to dobre pchnięcie?
— Jakie pchnięcie... Każdego położę...
Twarz Sporusa poczerwieniała, oczy mu zachodziły mgłą.
— Tęgie — mruknął, otrząsając się. — Powia...dam... ci... ...oj...cze Zygfry...dzie...
Czkawka przeszkodziła mu.
— O, ta... kie...
Wykonał ręką w powietrzu ruch niepewny.
— Każ...de...go... po... po... ło...żę...
— Żeby tylko ciebie kto nie nadział — odezwał się Herman.
Sporus rzucił się na stołku.
— Jeszcze się ten... nie... nie... uro... dził... — bełkotał.
Zygfryd nachylił się do Sporusa i mówił głosem przyciszonym:
— Więc ten twój Fabiusz to się nic nie rozumie na sztuce szermierskiej?
— Ten?...
Gladyator uśmiechnął się głupkowato.
— Ale na chwytaniu niewolników, to zna się bardzo dobrze...
— Ten... pie...ss...
— Nawet córki naszych wolnych panów każe wlec na rynki...
— Eeee...
Zupełnie już pijany Sporus wytrzeszczył nieprzytomne oczy na starca.
— Tusneldę pochwycił — poddawał mu Zygfryd.
— Tusnelda... pię...kna, o, o... — mruczał Sporus.
— Bardzo piękna?