Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/120

Ta strona została uwierzytelniona.

robku, zanosili mężowie do żydowskich i egipskich handlarzy w zastaw wszystko, co miało w domu jakąś wartość: sprzęty, statki kuchenne, drobiazgi srebrne i złote. Bo żony i córki niższych urzędników i klientów chciały w dniu uroczystym błyszczeć tak samo, jak senatorowie i rycerki, w białych sukniach, i siedzieć tak samo, jak one na miękkich poduszkach. Wszakże były i one wolnemi obywatelkami, chociaż nie miały prawa do szlaku purpurowego.
Na polu Marsowem, pod portykiem Agryppy, w sklepach przy ulicy Szerokiej i na głównym rynku brzęczał bezustannie gwar niewieści. Zdawało się, że wszystkie gęsi miasta uciekły z kojców.
Rzymianki wybierały, targowały, kupowały, a handlarze zacierali ręce, zgarniając z uśmiechem zadowolenia sesterce.
I pod filarami amfiteatru wrzało niezwykłe życie już na kilka dni przed widowiskiem. Siedzieli tam podrzędni astrologowie i wróżbici, którzy przepowiadali za dobre wynagrodzenie wynik zakładów. Zabobonny i przesądny lud rzymski tłoczył się do nich: płacił i zakładał się na podstawie orzeczeń.
Kipiało miasto, jak gdyby w każdym domu miało się odbyć wesele. Bo zapowiedziane igrzyska wytrąciły nie sam motłoch tylko z utartej kolei zajęć powszednich. I na górze, w warstwach zamożniejszych, sposobiono się na widowisko, jak na wyprawę uroczystą.
Ludność stolicy, strawiona wrażeniami, o jakich prowincye nie miały wyobrażenia, nerwowa, chciwa zmiany, silniejszych wzruszeń, witała każdą