Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom III.djvu/154

Ta strona została uwierzytelniona.

mówił Serwiusz. — Otulę cię i okryję tak troskliwie, iż nawet powietrze nie obrazi twojej wypieszczonej skóry. Wiem, że nie znosisz chłodu naszych lasów, obowiązkiem zaś gospodarza pamiętać o wygodach gościa.
A zwróciwszy się do żołnierzy, rozkazał:
— Wykopać dół, naciąć gałęzi.
Słowa te wyrwały z piersi Fabiusza głuchy jęk. Rzucił się jak ryba, wydobyta na ląd, i zatoczył wokoło błędnym wzrokiem.
Szukał ruchem instynktownym wyjścia z matni. Nie widział go. Choćby wołał, krzyczał, nie usłyszałby go nikt, oprócz dzikich zwierząt, odzywających się w lesie.
— Połowę majątku oddam ci! — szepnął.
— Dorzucę do twoich milionów jeszcze garść złota, ażebyś nie był do ostatniej chwili pozbawiony widoku ukochanego kruszcu — odpowiedział Serwiusz.
— Uwolnię wszystkich niewolników germańskich...
— Nie zasługuje na wolność, kto znosi cierpliwie niewolę.
— Miej litość nademną... — błagał Fabiusz.
Łltowałżeś ty się kiedykolwiek nad cudzem nieszczęściem?
— Nie jam zawinił... nie moje ręce ujęły Tusneldę...
— Mówiono mi, że i twoi bogowie egipscy brzydzą się kłamstwem. Módl się do nich, bo wiesz, że nie zasłużyłeś na miłosierdzie.
Powtórnie rzucił się Fabiusz i wydobył z sie-