Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/134

Ta strona została uwierzytelniona.

Zgadzali się...
Więc skinął na gromadkę setników, którzy trzymali się w pewnem oddaleniu od świty cesarskiej, a kiedy nadbiegli, powtórzył im głosem donośnym rozporządzenie Publiusza.
Zadudniła ziemia pod kopytami klaczy kapadockich... Setnicy nieśli młodszym trybunom rozkazy imperatora.
W kwadrans potem odezwała się w kilku miejscach równocześnie tuba: wojsko szykowało się do boju.
Stało się to w samą porę, bo od Strigonium zbliżał się tak rozległy i gęsty tuman kurzu, że przesłonił cały północny bok czworokąta.
Szeroką ławą pędzili Jazygowie wprost na Rzymian. Przypadli, rozłamali się, zwyczajem swoim, na dwie połowy, rozprysnęli się na drobne oddziały i rozpoczęli harce.
— Zakryć się — napominały tuby i grad strzał nieszkodliwych odbił się od dachu z tarczy.
Szybko rozwinęli się łucznicy i procownicy długim łańcuchem po obu stronach piechoty. Ich celne pociski ostudziły zapał napastników. Ruchliwy lud słowiański cofał się wprawdzie i wracał ciągle, z każdą jednak chwilą rósł przedział między nim a wojskiem imperatora.
Dwie pary orlich oczu przypatrywały się ze stron przeciwnych z wytężeniem utarczce Jazygów i strzelców rzymskich, robiącej zdaleka wrażenie bezkrwawego igrzyska.
Publiusz, który śledził z po za pleców cesarza uważnie ruchy legionów, uśmiechał się z zadowole-