Strona:PL Turgeniew - Ojcowie i dzieci.djvu/226

Ta strona została uwierzytelniona.


żadne z nich nie zwracało niby uwagi na swego sąsiada, a cieszyło się z tego, że go ma tak blisko. Od tej pory, jakeśmy ich widzieli ostatnim razem, ich rysy uległy zmianie: Arkadjusz wydawał się spokojniejszym, Katja żywszą i śmielszą.
— Czy nie uważacie, zaczął Arkadjusz, że jesion bardzo dobrze nazywa się po rosyjsku: żadne z drzew nie prześwieca tak jasno, jak on.
Katja podniosła wzrok do góry i rzekła „prawda“, a Arkadjusz pomyślał: „ta nie gniewa się na mnie o to, że się pięknie wyrażam“.
— Ja nie lubię Heinego, — odezwała się Katja, pokazując oczyma książkę, którą Arkadjusz trzymał w ręku, — nie lubię go ani wtedy, kiedy się śmieje, ani też kiedy płacze; lubię go tylko wówczas, gdy jest zadumany i smutny.
— A mnie on się podoba wtedy, gdy jest wesoły, zrobił uwagę Arkadjusz.
— Są to jeszcze w was dawne ślady satyrycznego kierunku... („Dawne ślady!“ — pomyślał Arkajdusz, „gdyby też to Bazarow usłyszał!“) — Zaczekajcie tylko, my was przerobimy.
— Kto mnie przerobi? wy?
— Kto? Siostra, Porfirjusz Platonowicz, z którym się już nie spieracie; nakoniec ciotka, której onegdaj towarzyszyliście już do cerkwi.
— Nie mogłem przecież odmówić! Co zaś do Anny Siergiejewny, to ona, jak sobie przypominacie, w wielu punktach zgadzała się z Eugenjuszem.
— Wówczas siostra poddawała się jego wpłynowi, podobnie jak i wy.
— Jak i ja? Czyż zrobiliście spostrzeżenie, że oswobodziłem się już z pod jego wpływu?