Strona:PL Turgeniew - Ojcowie i dzieci.djvu/237

Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko młody, młody... nie tak, jak my dwoje, Eugenjuszu Wasiljiczu.
— Czy zawsze taki nieśmiały w waszej obecności? — spytał Bazarow.
— Alboż... — zaczęła Anna Siergiejewna, i pomyślawszy chwilę dodała, — teraz ma więcej zaufania, rozmawia chętnie ze mną. Dawniej stronił odemnie. Co prawda nie szukałam i ja jego towarzystwa. Najbardziej zaprzyjaźnili się z Katją.
Bazarow stracił cierpliwość. „Kobieta nie potrafi żyć bez hipokryzji“, pomyślał.
— Mówicie, że stronił od was, — rzekł z obojętnym uśmiechem, — ale prawdopodobnie nie jest to dla was tajemnicą, że był w was zakochany.
— Co? i on? mimowolnie wyrzekła Anna Siergiejewna.
— I on, — powtórzył Bazarow z pokornym ukłonem. — Alboż nie wiedzieliście o tem?
Anna Siergiejewna spuściła oczy.
— Jesteście w błędzie, Eugenjuszu Wasiljiczu.
— Nie sądzę. Ale może nie powinienem był wspominać o tem. — „To cię oduczy na przyszłość obłudy“, dodał sobie w myśli.
— Dlaczego nie wspominać? Tylko, że jak mnie się zdaje, i tutaj nadajecie zbyt wielkie znaczenie chwilowemu wrażeniu. Zaczynam podejrzywać, że jesteście skłonni do przesady.
— Nie mówmy lepiej o tem, Anno Siergiejewno.
— Czemu? — odparła... ale sama zwróciła rozmowę na inny temat.
Bądź co bądź, czuła się jakoś nieswojo z Bazarowem, chociaż i jemu powiedziała i sama siebie za-