Strona:PL Turgeniew - Ojcowie i dzieci.djvu/240

Ta strona została uwierzytelniona.


pieściwszy się z nią najprzód, co Katję zawsze przestraszało, udzieliła jej rady, ażeby była ostrożniejszą w obcowaniu swem z Arkadjuszem, przedewszystkiem, żeby unikała pozostawania sam na sam, co, jak zauważyła ciotka i inni w domu, często się przytrafiało. Zresztą, już i wczoraj wieczorem Anna Siergiejewna była w nieszczególnym humorze, Katji zaś samej było jakoś omckno i widocznie poczuwała się do winy. Czyniąc też zadość prośbie Arkadjusza, powiedziała sobie, że to po raz ostatni.
— Katarzyno Siergiejewno, — przemówił Arkadjusz z jakimś trwożliwym pośpiechem, — odkąd mam szczęście żyć pod tymsamym co i wy dachem, o wielu rzeczach rozmawiałem z wami, a jednak jest jedna bardzo dla mnie ważna... kwestja, której jeszczem nigdy nie poruszył. Zrobiliście wczoraj uwagę, że mnie tu przerobiono, przekształcono, — dodał, to szukając, to unikając wzroku Katji, utkwionego w nim badawczo. — W samej rzeczy, zmieniłem się pod niejednym względem, wy o tem wiecie lepiej niż ktokolwiek, wy, której ja najwięcej zawdzięczam tę przemianę.
— Ja?... mnie?... — odezwała się Katja.
— Już nie jestem teraz owym zarozumiałym chłopcem, jakim tu przyjechałem, — mówił dalej Arkadjusz, — nie napróżno skończyłem lat dwadzieścia trzy, pragnę i teraz, jak wprzódy, być użytecznym, poświęcić wszystkie siły prawdzie; ale ideałów szukam już nie tam, gdzie szukałem pierwej, widzę je... daleko bliżej. Do tej pory nie pojmowałem siebie, stawiałem sobie zadania, do których sił mi braknie... Dopiero niedawno przejrzałem, dzięki pewnemu uczu-