Strona:PL Turgeniew - Ojcowie i dzieci.djvu/260

Ta strona została uwierzytelniona.


rozwijała się szybko, jak to zwykle się dzieje przy zazakażeniach chirugicznych. Nie tracił jeszcze pamięci i rozumiał, co mówiono do niego: jeszcze stawiał opór. „Nie chcę bredzić, — szeptał ściskając pięście, — nie chcę!“. I zaraz potem mówił: „Jeżeli od ośmiu odejmę dziesięć, ile pozostanie?“ Wasil Iwanowicz chodził, jak obłąkany, doradzał to jeden środek, to drugi, a nic więcej nie robił, tylko raz po raz okrywał synowi starannie kołdrą nogi. „Owinąć w zimne prześcieradła... Dać na wymioty... Puścić krew...“ powtarzał od czasu do czasu. Doktor, który został na jego prośby, przytakiwał mu, poił chorego limonjadą, a sam prosił to o cygaro, to o kieliszek wódki dla „rozgrzewki“. Arina Własjewna siedziała na niskiej ławeczce koło drzwi i tylko kiedy niekiedy odchodziła, aby pomodlić się; kilka dni temu wypadło jej z rąk lusterko i stłukło się, a ona to zawsze uważała za zły prognostyk. Tymoteicz pojechał do Odincowej.
Niedobra była ta noc dla Bazarowa.., okropna gorączka męczyła go. Nad ranem zrobiło mu się lepiej. Poprosił matkę, żeby go uczesała, pocałował ją w rękę i wypił parę łyków herbaty. Wasil Iwanowicz odzyskał nieco otuchę.
— Chwała Bogu! — mówił, — nastąpiła kryzys. Kryzys minęła.
— Ach, patrzajcie! — odezwał się Bazarow, — co to znaczy jeden wyraz! Znalazł sobie wyraz „kryzys“... i już jest kontent. Dziwna rzecz, jak człowiek wierzy w wyrazy.
To przytomne całkiem odezwanie się Bazarowa, ucieszyło Wasila Iwanowicza do tego stopnia, że aż zawołał: „brawo, brawo!“, klaskając przy tem dłońmi.
Bazarow uśmiechnął się posępnie.