Strona:PL Władysław Łoziński - Oko proroka.djvu/116

Ta strona została przepisana.

— Porwan-eś ty hańbie, niegodziwy ladaco! Precz z izby zaraz!
Mularczyk, zamiast ustąpić dzieweczce, odepchnął Marianeczkę ze złością, że się aż zatoczyła i mało co nie upadła. Porwał mnie na to taki gniew okrutny, żem się już powstrzymać nie mógł; skoczę do tego otroka, chwycę go za gardło, że się aż zakrztusił, i tak całą mocą zeprę go ku drzwiom, że się z trzaskiem rozwarły a Banti wyleciał i upadł na ulicy. Pan Grygier, choć takiej bojaźliwej był duszy, kiedy ujrzał, jak mularczyk jego Marianeczkę potrącił, nagle naprawdę jako lew skoczył, cały strasznym gniewem zapalony, żem go już nigdy potem takiego nie widział, i byłby pewnie w tej zapalczywości swojej na armaty ogniem ziejące szedł a swojej dzieweczki koniecznie pomścił. Gdybyśmy go byli z Marianeczka nie powstrzymali, czepiając się jego rąk i nóg nawet, byłby na pewno zabił mularczyka.
Tak oto zarobiłem sobie na jednego wroga, bom go odtąd miał w Bantim, ale zarobiłem sobie także na sprzyjanie dobrych ludzi, bo do takich pan Niewczas duszą i ciałem należał, a między mną a Marianeczką już odtąd wielka i stateczna przyjaźń była. Napisałem list do matki, a Marianeczka wysłała go do swego wuja, pana Zybulta w Samborze, a tak pewność miałem, że dojdzie. W liście pisałem matce, jako mi Bóg łaskawie pomóc raczył, żem dobrych i cnotliwych ludzi znalazł, że już sam na chleb własny pracować się uczę, i że mi ciągle coś do serca mówi, że ojciec żyw jeszcze i do nas powróci, i że tu we Lwowie inny świat, i nie ma tu takich szarpaczy, jak