Strona:PL Władysław Łoziński - Oko proroka.djvu/236

Ta strona została przepisana.

umilkło. Czekam przecież jeszcze chwilę, choć mnie ojciec za poły ciągnie, abym już szedł, bo zmierzch zapada a do Kozłudży dobry kawał drogi, i oto znowu usłyszę to samo granie, a już teraz pewność mam, że mnie uszy nie zwodzą, bo poznaję nutę do pieśni:

Słońce już padło, ciemna noc zachodzi,
Nie wiem, co za głos uszu mych dochodzi,
Postoję mało a dowiem się pewnie,
Dlaczego płacze ta pani tak rzewnie.

Nigdy mi się ani przedtem, ani potem żadna muzyka taka słodka i cudna nie zdała, jako ta teraz, bo nam ona ratunek zwiastowała.
— Pan Bonarek! — zawołałem z wielką radością i poskoczyłem do gospody, zostawiając zdziwionego ojca na drodze.

Jakoż tak było, jakem się domyślał. W izbie gospodniej siedział na kobiercu pan Bonarek, po turecku, z podłożonymi pod siebie nogami, i grał na owej długiej fletni, aż mu twarz poczerwieniała jak koral, a policzki jak pęcherz się rozdęły.