Strona:PL Władysław Łoziński - Oko proroka.djvu/238

Ta strona została przepisana.

mieliśmy ujednać jutro jakiegoś Turczyna z sobą aż do Polski, a tak ojca weźmiemy i ciebie, bo tak mnie lepiej i wam dobrze będzie.
Miał pan Zachnowicz sześć koni dobrzeckich, które w tym kraju był kupił, dwa dryganty i cztery klacze, wszystkie warunkowe i bardzo cudne, że przadniejszych i droższych chyba już nie znaleźć, i z tymi to końmi odbywając drogę, mieliśmy roboty a i kłopotu niemało, bo konie jakby panięta trzymane były a nad ich zdrowiem pain Zachnowicz aż się trząsł, bo w każdym z nich cały majątek był, i każdemu człowiekowi bym życzył, aby mu tak dobrze było, jako tym niemym bydlętom czasu tej całej drogi.
Szczęśliwie, chociaż nie bez przygód i różnych utrapień, wyszliśmy nareście z krajów tureckich, przeprawili się przez kawał Wołoszy i dostali się na granicę polską do Dniestru, a już późna jesień była. Kiedyśmy się przez Dniestr przeprawiali, zaleciał mnie głos dzwonów kościelnych, i nigdy nie zapomnę, jak się we mnie uradowała dusza, kiedym je posłyszał; jakby to powitanie dla nas biedaczków 1oyk> na progu miłej ojczyzny, a od długiego czasu tu po raz pierwszy usłyszałem dzwony, bo w tureckich krajach chrześcijanom ani wież na kościołach budować, ani dzwonić nie wolno — tedy to dalekie dzwonienie, co z Dniestrem płynęło ku nam, zdało mi się taką słodką muzyką, jak kiedyby Aniołowie niebiescy śpiewali.
Ale te dzwony nie samą chwałę Bożą głosiły; niosły one do niebios żal ludzki, i płacz, i narzekanie, bo całe Podole jeszcze się jakby krwawiło po srogich