Strona:PL Władysław Łoziński - Oko proroka.djvu/249

Ta strona została przepisana.

musiał w ręce Woroby, bom je w ten sposób bezpiecznie uchować chciał, wybierając się w turecką drogę, a innej rady dla mnie nie było, bom się przecież sam ucieczką ratować musiał ze Lwowa.
Chwalili mnie wszyscy, żem uczynił, jako trzeba było, i wiernie przysięgi dotrzymał, i to przyznali, żem więcej o dochowanie wiary dbał, niż o własny chleb i o własne zdrowie, jeden tylko Midopak chmurnie patrzył przed siebie, jakoby nie wierzył, a potem odgrażać się d kląć niepoczciwie zaczął, aż Opanas i Ryngasz wsiedli na niego ostro i gromić go słowy a nawet szablami trzaskać zaczęli. Semen porwał się z siedzenia, uderzył po szabli, poczerwieniał cały, a z oczu jakby mu żywe iskry się sypały.
— Midopak, biesi synu, sobacza duszo, hadiugo — zawołał z okrutnym gniewem — a ty co warczysz i szczekasz i kąsać chcesz, podła dusza! A kto tobie powiedział o wszystkim, czy nie ja? A kto Mordachowi odebrał? Czy nie ja? A czyje to było szczęście? moje czy twoje? A gdybym ja był Mordacha nie spotkał, gdaieby twoja część była? A gdybym ja był zataił, żem żydowi odebrał, i gdybym sobie to był zatrzymał, skądbyś ty wiedział o tyra, ty durna głowo, ty! żem ja był wierny, to ty za Judaszów nas masz, żem ja był głupi, to ty chcesz być mądry i lepszy od nas! Stul ty gębę twoją przerąbaną, bo ci ją raz jeszcze przerąbię, na poprzek przerąbię, w krzyż, abyś był znakowany jako szelma!
I już Semen do szabli się brał w zapalczywości swojej, i kto wie, na czym by się była ta kłótnia skończyła, ale wdał się w to Opanas i rozjął ich mówiąc: