Strona:PL Władysław Łoziński - Oko proroka.djvu/260

Ta strona została przepisana.

dzał po weselach, po jarmarkach, po odpustach i ruskich prażnikach, grywałem ludkom i z tego żyłem. Jak nie było komu grać, wracałem do Podborza, do starej Szymonowej, która mi u siebie mieszkać pozwoliła, a ja babinie za to od czasu do czasu jaki grosz dałem. Kiedym raz tak wrócił, przysłał po mnie podstarości, zabrał mi skrzypki i mówi:
— Ty powsinogo, szelmo jedna, wagusie; na pańskie nie chodzisz, pogłównego nie płacisz, po karczmach się jeno włóczysz, darniujesz sobie, ladaczniku; owo będziesz mi służył!
Kazał mi sobie izby zamiatać, koło krów chodzić, drwa rąbać, na parobka mnie swego obrócił, a skrzypki na klucz zamknął, bo niecnota rozbójnik dobrze wiedział, że bez skrzypek mu nie ucieknę. Jak mi tak skrzypki moje wziął, to mi wszystko wziął: chleb mi wziął, rozum mi wziął, duszę mi wziął, już mnie całego miał, bo ano ciało przy chlebie a dusza przy ciele zostać musiała, zaś cały rozum w skrzypkach siedział.
— Ale jak to mówią: złe samo siebie kąsa — prawił dalej Matysek — i nie ma złego, co by na dobre się nie przydało. Musiał ja być w tej niewoli, ale teraz pewno i podstarości i hajduk żałują tego, żem musiał, a i wam, Marku, a mnie także na dobre się to obróciło. Jednego razu przyjechał podstarości z zamku z Sambora i zaraz mi po Kajdasza iść kazał. Kiedym go przywiódł, poszli razem do izby, zawarli się, i słyszę, jak do siebie naraz krzyczeć nawzajem poczną. Aha, myślę sobie, znalazł diabeł zgrzebło! pożarły się z sobą wilki! Pocznę podsłuchywać pode drzwiami