Strona:PL Władysław Ludwik Anczyc - Gorzałka.djvu/06

Ta strona została uwierzytelniona.

Hanusia (łkając). Moja… moja… serdeczna… biedna matusiu, ja chleba nie przyniosłam.
Salomea (przerażona) Co?
Hanusia. Nie przyniosłam.
Salomea. Przecież ci dałam chustkę, a ona warta więcej jak dziesięć bochenków chleba.
Hanusia. Przyszłam do karczmy i prosiłam arendarza, żeby mi dał chleba i ziemniaków na chustkę, ale on ledwie ją ujrzał, chwycił zaraz w ręce i zawołał: Twój ojciec… ten pijak (płacze mocno) napił… u mnie wódki za dwadzieścia złotych… i poty ci chustki… nie oddam… aż… mi dług zapłaci.
Salomea. O mój Boże! a dzieci?
Hanusia. Prosiłam… żeby mi choć kawałek chleba udzielił… ale gdzie tam, ten twardy człowiek wypchnął mnie za drzwi.
Salomea. Czemże ja teraz dzieci posilę… och przeklęta gorzałka, ona wszystkiemu winna.
Piotruś. Matusiu dajcie mi chleba, to ja za to jak urosnę, nigdy nie będę pić gorzałki.
Salomea. Trzeba ci było wstąpić do ciotki Marunowej, możeby była coś użyczyła.
Hanusia. Byłam i u ciotki, ale mię wykrzyczała, powiadając, że dla pijaków nic nie da.
Salomea. Już też ostatnie nieszczęście na mnie (płacze). Biedne sieroty, cóż ja z wami pocznę.





SCENA III.
DAWNI, SOŁTYS.

Sołtys. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Salomea. Na wieki wieków Amen.
Sołtys. Jak się macie Kandorowa?
Salomea. Źle mój Sołtysie, oto dzieci płaczą od głodu, a nie mam ich czem pożywić.
Sołtys. Ha! Takci to bywa u każdego pijaka; gdyby wasz mąż nie pił, toby dzieci nie marły głodem.
Salomea. Nie wińcie go, mój Sołtysie, Pan Bóg na niego dopuścił nieszczęście, ale on się upamięta.