Strona:PL Władysław Ludwik Anczyc - Gorzałka.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.

Stanisław. Jak się macie Sołtysie. Dobrze, żeście przyszli, bo raz, że wam chcę powiedzieć, żebyście się nie kłopotali o podatek, zapłacę wam za parę dni.
Kandora (osłupiały do siebie). Czy ja śpię… czym pijany… czy mię zły opętał.
Sanisław. A drugie, że przyszedł tu oto ten chłop i wyprawia brewerye, otóż ja chciałem was prosić, żebyście z nim porządek zrobili.
Kandora. Patrzajcie no na mnie Sołtysie.
Sółtys. No patrzę i cóż?
Kandora. No cóżem ja jest?
Sołtys. A kat cię wie, kto ty jest, pijak, jakiś włóczęga, pierwszy raz cię widzę w mojem życiu.
Kandora. Nie gadajcież znowu byle czego, przecież ja jestem Walenty Kandora.
Sołtys. Cóż ty waryacie będziesz tu sobie żarty stroił ze mnie, nie widzisz to Walentego gospodarza, jeśli go znasz, to nie baj lada próżniaków.
Kandora. Jeśli kto baje, to wy wszyscy ale nie ja, przecież ja muszę najlepiej wiedzieć, kto ja jestem, a wyście się wszyscy popili i basta, ale ja was nauczę.
Sołtys. Jak ty śmiesz odgrażać się urzędowi. Hej Szymek, Franek, Józek!





SCENA X.
DAWNI – PAROBCY.

Sołtys. Patrzajcie no dobrze na tego człowieka i powiedzcie mi, czy go znacie.
Szymek. Ja nie.
Franek. Ani ja.
Józek. Ja go też nie znam.
Kandora. Nie znacie mię próżniaki, przecieżeście jeszcze wczoraj wypili odemnie w karczmie po półkwaterku.
Szymek. Musiało ci się mój człeku przewrócić w głowie, bo ja cię jako żywo nigdy w życiu nie widziałem.
Franek. Opił się widno chłop i plecie nie do rzeczy.
Kandora. A ty próżniaku, jeszcze mi się tu będziesz w oczy zapierał, czekajno kochanku (porywa się do niego).