Strona:PL Władysław Ludwik Anczyc - Gorzałka.djvu/16

Ta strona została uwierzytelniona.

Salomea. To Stanisław mój brat (z nieznacznem uśmiechem), a mnie się zdawało, że to ty Walku.
Sołtys. Przysięglibyśmy, że toś ty, ale widzisz bratku, Pan Bóg miłosierny dał ci czas do poprawy, trzeba koniecznie inaczej żyć, bo jakbyś znów został Urbanikiem złodziejem, to by ci już nic nie pomogło.
Kandora. O moi serdeczni, przysięgam wam, że od dziś dnia nie zajrzę do karczmy.
Stanisław. Dobrze to jest mój szwagrze, ale czy dotrzymacie?
Kandora (ściskając go). Dotrzymam, dotrzymam.
Stanisław. Człowiek za siebie nigdy ręczyć nie może. Otóż zrobimy tak: ja wezmę twoje gospodarstwo na siebie, podatki zapłacę, konie i krowy kupię, grunt zasieję, a ty będziesz u mnie za parobka, — zgoda?
Kandora. Dobrze mój bracie.
Stanisław. Jeżeli przez trzy lata będziesz się dobrze sprawiać i zaprzestaniesz picia i hulanki, to ci powrócę gospodarstwo, a wszystko na dzieci zapiszę, jak nie, to siostra z dziećmi przy mnie zostanie, a ty pójdziesz sobie, gdzie zechcesz.
Kandora. Niech tak będzie, mam dobrą naukę i zobaczycie, że będę pracować jak dawniej szczerze, a jeźlibym Boże zachowaj, wrócił do nałogu, to mię wypędzicie jak psa z chałupy, a ja się nie skrzywię. Wolę służyć u brata za parobka, jak siedzieć jako złodziej w więzieniu. — Pójdę do spowiedzi, uproszę Pana Boga o wytrwanie i wszystko będzie dobrze.
Sołtys. Dobrze mój Walku, a ile razy cię pocznie zapraszać gorzałka, to sobie wspomnij Urbanika.

OSTATNIE ŚPIEWY NA NUTĘ KRAKOWIAKA
Stanisław.

Ileż nieszczęść robi przeklęta gorzała,
Zagubę dla duszy, chorobę dla ciała;
Przestańmy pić wódkę mili gospodarze,
Bo wszystkich pijaków ciężko Pan Bóg karze.

Sołtys.

Oj ci gospodarze, co gorzałkę lubią,
I siebie i żonę i dzieciny gubią;
Marnieje chudoba, bo nie ma opieki,
Przeklęta gorzałko przepadnij na wieki.