Strona:PL Władysław St. Reymont - Fermenty 02.djvu/149

Ta strona została uwierzytelniona.
— 145 —

i z taką brutalną wyrazistością i tak nieubłaganie w szczegółach rysował, że zwolna zaczęła drżeć z przestrachu i cofać się od szyby, bo była pewna, że to wszystko teraz się dzieje; że z tamtej strony okna zobaczyła jakąś larwę, patrzącą wprost wypalonemi oczodołami.
— Ojciec! ojciec! — łkała bezprzytomnie ogarniona takim gwałtownym paroksyzmem strachu że była bliska szaleństwa.

Chciała krzyczeć, uciekać — nie mogła! Wyciągnęła ręce bezsilnie i upadła nieprzytomna na podłogę.




XIII.


Rano Orłowski leżał niby kłoda opalona, doktór okręcał mu twarz i głowę kataplazmami.
— To pewna, że oczu się nie uratuje — powiedział.
— Niema żadnego ratunku?
— Żadnego. Żyć będzie, ale skończone z nim. Jak tylko można będzie, przewiozę go do szpitala.
— Nie, za nic w świecie, przecież może się leczyć w domu.
— A tak, a w pierwszej chwili, gdy się poczuje lepiej, może wpaść w furję. Umieszczę