Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Bunt - Baśń.djvu/206

Ta strona została uwierzytelniona.

w jakiej ona stronie leży? Któż mógł je tam zaprowadzić?
Brnęli wskroś niezmierzonych pustyń, żarło ich niemiłosierne słońce, zabijały głody i pragnienia, zasypywały piaszczyste zawieje, tępiły dzikie zwierzęta, lecz nic nie potrafiło w nich ugasić tej nieukojonej, strasznej tęsknoty za panem.
Aż po wielu, wielu dniach wędrówek jakby naprzełaj świata, czołowe gromady zaczęły nagle przystawać, drżeć i walić się na ziemię.
— Człowiek! Pan nasz! Człowiek.
Na skraju nieprzebytych zarośli, pod rozłożystą palmą siedziała małpia rodzina, olbrzymi goryl, snadź zaskoczony znienacka, porwał się strachliwie z ziemi.
Na jego widok wszystkie stada padły w pokorze, i niebosiężny ryk wybuchnął.
— Panuj nam! Rządź nami. My twoi wierni! Nie opuszczaj nas!
Wystraszony goryl uciekł na palmę i, bijąc kokosowemi orzechami w najbliższych, bełkotał coś niewiadomego i parskał z wściekłością.
A zdołu wznosiły się nieustanne błagania:
— Panuj nam! Rządź nami! My twoi! Panie nasz!

KONIEC.
Kołaczkowo, 17/VIII 1924.