Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/229

Ta strona została uwierzytelniona.
— 229 —
XV.

Pociąg leciał, jak huragan, ze świstem przelatywał małe, uśpione stacyjki, dudnił na mostach, przedzierał się z krzykiem przez czarne, groźne lasy, z dzikim tętentem huczał po równinach, czasem przystawał na mgnienie i, porwawszy ludzi i rzeczy, znowu pędził w obłokach dymów, skier i grzmotów, znowu rwał niepowstrzymanie gdzieś naprzód, jakby ku świtom, co się jęły rozsączać po zmętniałem niebie.
A Józio wciąż siedział na jednem miejscu, zasłuchany całą istnością w przesłodką melodję lotu, w dziki stalowy rytm świętej potęgi, unoszącej go w te wymarzone światy. Miał bardzo niejasne pojęcie co się z nim dzieje, i jak przez gęstą mgłę widział pasażerów, konduktorów i te stacje, na których się niekiedy zatrzymywali.
— Panie Józiu! — Ktoś trącił go w ramię. Podniósł zdumione oczy. Frania stała przed nim. — Już z pół godziny czekam, a pan ani mrumru! Gdzie pan jedzie?
— W świat! W cały świat! — powtórzył ze słodyczą, przesiąkniętą rozmarzeniem.
— Zawracanie! Pewnie na imieniny do granicy, co?
— Co się z tobą dzieje? Myślałem, że do mnie przyjedziesz…
— Niegłupiam! Żeby mnie Soczkowa znowu wylała! — Zaniosła się ostrym, suchym ka-