Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/230

Ta strona została uwierzytelniona.
— 230 —

szlem. — Chodźmy do przedziału. Tu wieje, jak w psiarni!
Kaszlała nieustannie.
— Jeszcześ się nie wyleczyła? — szepnął, wchodząc za nią do pustego przedziału.
— Jak mnie oklepią łopatą, to się wyleczę! — Odjęła od ust skrwawioną chustkę i pokazała. — Gdzież się to będę leczyła? Od tygodnia ani jednej nocy nie spałam po ludzku, bo albo u faceta, albo gdzieś w drodze! Przecież nie mam nawet mieszkania! Cholera takie życie!
Józio gorączkowo wyjął garść banknotów i wetknął jej w rękę.
— Weź, Franiu! Mnie cię tak strasznie żal, weź! Będziesz się miała za co leczyć!
Dziewczyna ze zdumieniem spoglądała to na niego, to na pieniądze i, chociaż prosił z najszczerszą serdecznością, nie mogła uwierzyć i rzuciła je na ławkę.
— Także mądry szpas! — krzyknęła gniewnie. — Myślałam, że pan nie taki, jak inni, a pan…
— To twoje. Weź je Franiu. Nie żartuję. Proszę cię o to, weź!
Uwierzyła — i nagle łzy trysnęły z pod złotych rzęs i polały się strugami po wynędzniałej twarzy.
— Moje? Przeszło dwieście rubli! Moje? — zabełkotała wzruszona. — Mój ty królu złocisty, mój ty dobry, ty przenajświętszy! Przecież ja tego niewarta! Dlaczego mi dajesz? Chociaż mnie