Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/233

Ta strona została uwierzytelniona.
— 233 —

Pobiegła śpiesznie i już się więcej nie pokazała — tylko, gdy pociąg ruszył, mignęła mu w jednem z okien bufetu jej twarz, strasznie zapłakana.
— Baba z wozu, koniom lżej! — machnął ręką, położył się i spał do samego Wiednia.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz dzień był mglisty i zimny, padał deszcz i lepkie błoto pokrywało ulice, gdy Józio wyszedł z hotelu na miasto. Czuł się niesłychanie rzeźwy i wesoły, wyekwipował się też nadzwyczajnie w garderobę, kufry, bieliznę i przeróżne drobiazgi, potem wziął fiakra i kazał się obwieść po głównych ulicach. Wieczorem zwiedzał tingle i kawiarnie, a wszędzie tak sypał napiwkami, że służba tytułowała go hrabią. Miasto doskonale znał z Baedekera i przez parę dni z namaszczeniem zwiedzał wszystkie jego osobliwości — ale wszystko go zawiodło i wydawało mu się małem, płaskiem i nudnem!
— Inaczej to sobie wyobrażałem! Inaczej! — westchnął jakoś żałośnie.
I pojechał do Monachjum. Krajobrazom przyglądał się dosyć pobieżnie i apatycznie, znacznie więcej zwracając uwagę na stacje, kolejowych urzędników i pasażerów, wobec których przybierał pozy znudzonego arystokraty, włóczącego się po świecie dla przyjemności, chociaż z początku rozmawiał ze wszystkimi bardzo chętnie, ale dowiedziawszy się, że ci wspaniali panowie — to tyl-