Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/83

Ta strona została uwierzytelniona.

— Czekałam i niepokoiłam się, nie wiem czemu, jak dziecko; ogarniała mnie trwoga, czy się panu co złego nie stało.
Mówiąc to podniosła wzrok promienny na niego, i dojrzała przy migotliwym gwiazd blasku bladość jego czoła i zmącony wyraz twarzy.
— Nie omyliłam się — zawołała, załamując mimowolnie ręce; pierwszy raz widzę pana takim jak dzisiaj. Co panu jest?
Nie było w tych słowach śladu czczej ciekawości; wymówiła je bez zastanowienia, jak wybuch współczucia i serca, bo rozumiała jak wielką być musi ta wewnętrzna burza, co wypiętnowała mu się aż na twarzy.
— Nic się nie stało, nic mi nie jest — odparł młody człowiek z przymuszonym uśmiechem, przesuwając ręką po czole, jakby chciał zetrzeć z niego ślad bolesnych myśli. Dziewczyna wstrząsnęła głową.
— Przebacz mi pan — szepnęła — nie mam prawa do ufności twojej;ale — powtórzyła smutnie wpatrując się w niego — ja się nie mylę.
— To prawda — odparł Kiljan po chwili wahania czy wewnętrznej walki; masz pani słuszność — cierpiałem.
To była pierwsza skarga jaka wyszła z ust jego, pierwsze słowa o sobie samym. Zamilkł, wsparł czoło na ręku, i tak zostawał czas jakiś zwyciężony