Strona:PL Walter Scott - Czarny karzeł.djvu/64

Ta strona została przepisana.

— Nie, Ernseliffowi jeszcze nie, ale to może późniéj, kiedy nie usłucha i do miasta nie wróci: tam jego miejsce. Cóż on ma tu do czynienia? Wybić nam te kilka sarn które jeszcze w kraju pozostały, udawać zwierzchność i pisywać do wielkich panów o burzliwym stanie okolicy? Niechaj siebie patrzy!...
— To nie kto inny tylko Halbert z Henghoot, cóż za krzywdę ci wyrządził?
— Krzywdę? co do tego, to nie wiele; alem dowiedział się, iż mówił, żem przez bojaźń jego osoby nie był obecny na zabawach zapustnych, chociaż ja nie jego lecz policyanta się lękałem, który tam był z rozkazem ujęcia mnie. Halbertowi i całéj jego rocie, śmiało stawię czoło, radbym go wyłajać, aby tylko powściągał swój zapał gdy będzie mówił o ludziach, co więcéj od niego znaczą. Mam nadzieję, że nim zaświta, skrzydła mu będą podskubane. Bądź zdrów Elzenderze; tam w gęstwinie, kilku zręcznych chłopaków czeka na mnie, a za powrotém opowiem ci coś pięknego w zawdzięczeniu za twoje leczenie.
Za nim Karzeł zdołał odpowiedzieć, rozbójnik z Westbrunflatt puścił się w galop, dziki koń jego przeląkł się rozrzuconych w około kamieni i skoczył w bok z drogi; jeździec dał mu bez litości ostrogę, koń się burzy, wspina i raptownie jak jeleń rzuca na wszystkich czterech nogach. Lecz wszystko nadaremne, jeździec siedział nieporuszony, i po krótkiéj, upornéj walce, poskromił konia, a zwróciwszy go na prawdziwą drogę, tak szybko popędził, że w mgnieniu oka zniknął z oczów pustelnika.
— Nędzniku! — zawołał Karzeł; — zimny, skamieniały, niemiłosierny łupieżco! Podły, którego wszystkie myśli zbrodniami są splamione! I tenże to jest silnym, barczystym