Strona:PL Wergilego Eneida.djvu/46

Ta strona została przepisana.

Z daru bogów zażywać poczynają ludzie,
Śni mi się uśpionemu, że przed mojem okiem
Stawa Hektor, łez rzewnych zalany potokiem.
Oszpecony kurzawą, cały we krwi tonie,
A za pokłute nogi szarpały go konie.
Niestety! jak czas krótki zmienił jego lica!
Jakaż w nim od owego Hektora różnica,
Gdy powracał przybrany w łup Achila krwawy,
Lub gdy ognie trojańskie w greckie ciskał nawy.
Dziś krwią spiekłą włos zlany, poszarpane blizny,
Których odniósł tak wiele w obronie ojczyzny.
O ty! rzekłem do niego tocząc łzy obficie,
O nadziejo twych ziomków i świetny zaszczycie,
Gdzieżeś dotąd przebywał i zkąd nam w tej porze
Pożądany od braci powracasz Hektorze?
Po zgonach i po klęskach zwalonych na Troję
Jakże nędzni wejrzenia znieść potrafim twoje?
Cóż do tej twarz pogodną przywiodło odmiany?
Za cóż mi tak okropne okazujesz rany?
Nic nie odrzekł na próżne z ust moich pytania,
Lecz ciężkie z głębi serca wydobywszy łkania:
Chroń się synu bogini z tych ogniów, powiada,
Nieprzyjaciel jest w murach i Troja upada.
Dość ma ofiar ojczyzna, dość Priam; to ramię
Pewnieby ocaliło twe mury Pergamie,
Gdyby mógł kto ocalić. Tobie swoje bogi,
Tobie Troja porucza zbiór świętości drogi;
Te weź z sobą, tym szukaj na mury przestworza,
Które dźwigniesz ku niebu, gdy przebędziesz morza.
To rzekłszy sam z tajnego wynosi siedliska
Westę i jej przepaski i święte ogniska.
Wtem odgłos srogich jęków z murów miasta słyszę,
A choć dom ojca mego chroniło zacisze,