Strona:PL Witkiewicz-Tumor Mózgowicz.djvu/090

Ta strona została uwierzytelniona.
ropie będą nadludzką rozkoszą. Ale pozwól, że oddam ci się definitywnie na statku dopiero. Chcę, aby wróciły dawne nastroje. Fitz-Gerald starał się przecież o mnie. Razem z nim widziałam pierwszy raz Krzyż Południowy i hyper-słońce, straszliwego Canopusa. Kiedy wejdzie po raz pierwszy Canopus, będę twoją. Jakże długo męczyłam się dziewictwem. Tylko sport uratował mnie od Persvilla. Czy wiesz, że ten demon, jak małe dziecko, błagał mnie o litość.
(Green szepcze z Rozhulantyną)
MÓZGOWICZ
(do Balantyny)
Teraz nic mnie to już nie obchodzi. Na szczęście, niewiesz nic o matematyce. Będziesz moim ostatnim kompresem na głowę, na moją starą, biedną mózgownicę. Ale kochać cię będę jak młodzieniec, jak rozszalały chłopczyk.
(Balantyna opiera się o niego z uśmiechem: oboje stoją, jak posągi)
GREEN
Wychowamy ci synów na zdrowych, tęgich matematyków, profesorze. Jeden Moryś się nie udał. Ale to jest właśnie rodzaj ekspjacji.
IZIA
Morysia ja biorę na siebie. Takiego dekadenta nie było jeszcze na żadnej planecie. W przypadkowości sztuki on utożsami wszystkie absolutne wartości, w malutkiem, zamkniętem w sobie, kółku.