Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/13

Ta strona została skorygowana.

— Ale musiałabym była rozstać się z tobą... a ja tego właśnie nie chciałam. I dobrze zrobiłam, skoro już dobiegamy do celu... Nie rozłączaliśmy się ani na jedną chwilę... Cóż warte wobec tego jakieś tam trochę fatygi.
— Droga kochanko moja — szeptał pan Delariviére, obejmujęc ramieniem Joannę i z uczuciem całując czoło jej i włosy.
Pociąg znowu ruszył i popędził ku Paryżowi z szybkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.
Młoda kobieta znowu pochyliła głowę i zdawało się, że usypia. W Dijon zbudził ją pan Delariviére.
— Obiecałaś mi, że się tu posilisz trochę, dotrzymajże obietnicy kochanko...
— Chciałabym — odrzekła Joanna — ale czuję, że niepodobieństwo... Nie potrafię przełknąć żadnego jedzenia... Niczego nie potrzebuję, tylko snu...
Gorączka powiększona senność tę spowodowała.
Bankier nie nalegał, ale wytężonem okiem śledził wzmagającą się coraz bardziej gorączkę.

ROZDZIAŁ II.

Że pomimo tej drzemki letargicznej młoda kobieta cierpiała i to nawet bardzo, niepodobna było wątpić.
Świadczyły o tem słabe jęki, które wyrywały się z ust jej pół otwartych, krople potu, które przylepiały do czoła promyki jasnych jej włosów, zamknięte powieki, które drżały, niby skrzydła motyla, zbierającego się do lotu.
Upłynęła tak blisko godzina, a teraz nagle pani Delariviére usiłowała się podnieść i zaczęła szukać ręką drzwiczek wagonu.
Łatwo się było domyślić, co gest ten oznaczał.
Joanna poczuła taki ciężar na piersiach, że nie była wstanie oddychać i machinalnie usiłowała szybę zapuścić.
Bankier spełnił życzenie to w tej chwili.
Czyste zimne powietrze dostało się do wagonu. Pani Delariviére odetchnęła całą piersią, ale zaraz, zbladła śmiertelnie, chwyciła się obu rękami za czoło, jęknęła głucho i padła na wznak na piersi męża. Straciła przytomność.