Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/14

Ta strona została skorygowana.

— Boże! — zawołał bankier — Boże! ona zemdlała... Co ja pocznę nieszczęśliwy...
Położenie rzeczywiście było okropne.
Pod wrażeniem przestrachu, jaki łatwo sobie wyobrazić, pan Delariviére stracił zupełnie głowę, zdawało mu się, że ukochana kobieta umarła... Nie wiedział co przedsięwziąć, jak sobie poradzić.
Groźne niebezpieczeństwo oprzytomniło go jednakże. Wyjął z walizki flakon kryształowy, zawierający bardzo silne sole angielskie i przyłożył do nosa Joannie. Skutek był natychmiastowy prawie. Pani Delariviére poruszyła się, odetchnęła kilkakrotnie i otworzyła oczy.
— Zdawało mi się... że umieram... — szepnęła.
— Joanno, dziecię moje drogie! — zawołał mąż, tuląc ją w swem objęciu — walczysz jak możesz z chorobą, ale silniejsza ona od ciebie.
— Prawda... Czoło ściska mi jakby obręcz jakaś żelazna... gorąco mi i zimno jednocześnie... W piersiach brak mi powietrza...
— Niepodobna nam w takich warunkach odbywać dalej podróży...
— Jakto?
— Uważam, że na pierwszym przystanku potrzeba nam wysiąść koniecznie...
— Najzupełniej na serjo, moja droga. Powinniśmy byli pozostać dłużej w Marsylji... Choroba twoja postępuje, osłabienie wzmaga się z każdą chwilą... potrzebujesz koniecznie odpoczynku...
— Co też ty wygadujesz? — odparła pani Joanna. — Cierpiąca jestem to prawda, ale cierpię ze zmęczenia jedynie, a zmęczenie było nieuniknionem. Zatrzymywać się teraz, gdy zaledwie kilka godzin oddziela nas od Paryża, to by było śmiesznem; doprawdy! Patrz, już wyglądam inaczej... Jestem już prawie zupełnie zdrową... Myśl, że każda minuta zbliża mnie do mojej córki, to najlepsze, najskuteczniejsze dla mnie lekarstwo. Patrzże na mnie. Czy wyglądam na chorą?