Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/142

Ta strona została skorygowana.
ROZDZIAŁ XXXVII.

Grzegorz, zjadłszy śniadanie z rodzicami, wyszedł z domu o pierwszej godzinie i prosto udał się do lasku Vincennes. Z wyjątkiem niedzieli, lasek nie był odwiedzany przez nikogo; zaledwie od czasu do czasu napotkało się jakiego samotnego przechodnia, który zdawał się zabłąkany w tym ogromnym parku.
Grzegorz uszczęśliwiony był tą samotnością i ciszą, która go otaczała. Spoglądał on nieustannie na drogę Saint-Marie i spodziewał się lada chwila ujrzeć pierwsze pikiety żeńskiego bataljonu, na który tak niecierpliwie oczekiwał. Droga ciągle była pustą.
Nakoniec hen z daleka ukazał się kłębek wesołych swawolnic. Nie upłynęło dziesięciu minut, a pięćdziesiąt pensjonarek rozłożyło się na kobiercach z murawy. Po wytchnieniu, po kilku słowach ochmistrzyni, która zalecała panienkom, aby się daleko nie zapuszczały, rozpierzchło się wszystko...
Edma i Marta ciągle trzymały się razem. Jedne miały myśli: gdzie pan Grzegorz?
I rozglądały się na wszystkie strony, po wszystkich drożynach...

ROZDZIAŁ XXXVIII.

Widząc, że pensjonarki rozbiegają się po trawnikach, Grzegorz ukrył się w gęstwinie, i dlatego to młodziutkie dwie przyjaciółki szukały go napróżno.
— Czyż on nie pokaże się wcale?.. — szepnęła ze smutkiem Edma.
— Cierpliwości! — odrzekła Marta.
— Zapewne przybyłyśmy pierwsze...
— Kto wie, może on nas obserwuje już gdzie z głębi lasku.
— Rozglądałam się wszędzie.
— I ja także — potaknęła Marta z westchnieniem.
Dziwna rzecz. Niepokój Marty był również widocznym, a może widoczniejszym nawet, niż niepokój Edmy, chociaż zajmowała się ona Grzegorzem tylko dla swojej przyjaciółki.