Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/24

Ta strona została skorygowana.

Grzegorz Vernier wyrwany został z tej głębokiej zadumy wejściem Róży, która wróciła z lekarstwem i srebrną łyżeczką.
Odebrał od niej jedno i drugie i odezwał się do znękanego pana Delariviére.
— Odwagi! szanowny panie, odwagi i spokoju. Zapewniam pana, że będzie wszystko jak najlepiej. Racz-no mi pan dopomódz, oto trochę musimy unieść panią koniecznie.
Bankier spełnił wezwanie.
Grzegorz Vernier podniósł poduszki poza plecami Joanny i posadził ją prawie na łóżku. Nalał jej łyżeczkę lekarstwa i nie bez trudności wlał go pomiędzy zaciśnięte zęby młodej kobiety.
Pan Delariviére, śmiertelnie blady, z twarzą zapłakaną, wyczekiwał ledwie żywy na rezultat tej walki.
Vernier wydostał zegarek i śledził posuwające się wskazówki. Głębokie milczenie panowało w pokoju. Upłynęło dziesięć minut, a były one wiekiem całym dla bankiera. Doktor poważny, zimny i pewny siebie, napełnił łyżeczkę miksturą po raz drugi i wlał ją znowu w usta chorej.
— Przypuszczam — odezwał się — że skutek nastąpi przed upływem dziesięciu minut.
— Dziesięć minut... — powtórzył pan Delariviére i głosem zagasłym prawie dodał: — Czy ona cierpi?...
— Nie panie... — Stan to letargiczny, znieczulenie najzupełniejsze.
Znowu zapanowało milczenie.
Nagle z nastaniem dziesiątej minuty usta Joanny drgnęły, a z piersi jej wydobywało się spazmatyczne westchnienie.
Bankier krzyknął i chciał się rzucić ku chorej. Grzegorz Vernier powstrzymał go gestem, a jednocześnie szepnął:
— Ocalona! potrzeba jednak, ażeby pana nie widziała, ażeby nie słyszała pana wcale. Potrzeba, aby wolno powróciła do przytomności. Nie można przerywać tego budzenia się ciała i duszy. Po tym strasznym kryzysie, który mógł być śmiertelnym, przyjdzie wskutek lekarstwa sen dłuższy, ale łagodny i pokrzepiający.
— Jak długo sen ten trwać może?...