Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/377

Ta strona została skorygowana.

René poczuł mały dreszczyk po grzbiecie, ale do tego stopnia umiał zapanować nad sobą, że potrafił ukryć wzruszenie, odpowiedział więc najswobodniej:
— No tak, ja je odebrałem i sam ci je odniosłem nazajutrz przed południem, musisz przecież pamiętać...
Matylda zwróciła się do Pawła:
— Widzisz... — powiedziała — dobrze mówiłam, że musi być jakieś nieporozumienie...
Pan de Langenois, nie dosłyszawszy nawet tego, co powiedziała Matylda, odezwał się do Renégo z zapytaniem:
— Czy jesteś pan pewien, że nie popełniłeś jakiej omyłki?
— Jakąż omyłkę mógłbym popełnić, proszę pana? — odrzekł śmiało Jancelyn.
— Ja właśnie pytam o to pana.
— Niepodobna mi odpowiedzieć, nie wiedząc, o co chodzi.
— Pytanie jest proste, nie chcesz go pan tylko zrozumieć... Muszę panu dopomóc zatem... W dniu oto wskazanym przez pańską siostrę i przez pana nie byłeś u mojego bankiera i nie przedstawiłeś, albo nie kazałeś przedstawić kasjerowi żadnego czeku na dwadzieściapięć tysięcy franków.
— Ależ panie... — przerwał René.
— Pozwól pan!... — odrzekł gwałtownie Paweł de Langenois. — Powtarzam, że pana tam nie widziano i że nie przysyłałeś nikogo!... Tymczasem dzisiaj rano podniesiono za okazaniem czeku, podpisanego przezemnie, albo raczej za mnie podpisanego... czterdzieścipięć tysięcy franków!... Czy pan słyszysz?...
— Czterdzieścipięć tysięcy franków! — powtórzyła osłupiała Matylda, jakże to być mogło?...
Paweł wyciągnął rękę ku Renému.
— Co to jest, po raz drugi zapytuję pana?...
Głos był wyraźny i ciężki. Wspólnik Rittnera nie stracił jednak pewności siebie.