Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/435

Ta strona została skorygowana.

— Ta właśnie.
Infirmerka otworzyła drzwi. Weszli do celi.
Obita była materacami i nie miała żadnego sprzętu. Dwa materace i kilka kołder leżały w kącie na grubej macie, zastępującej miejsce dywanu.
Matylda Jancelyn była bardzo spokojna, wielkie jej rozpuszczone blond włosy spadały na ramiona, niby płaszcz złoty. Stała przy oknie i rachowała na palcach.
— Dziewięć... dziesięć... jedenaście... dwanaście... trzynaście... czternaście... — liczyła.

ROZDZIAŁ XL.

Paula Baltus pozostała w progu. Rittner zbliżył się do Matyldy i dotknął lekko jej ramienia.
— Cicho! — powiedziała młoda kobieta.
I znowu zaczęła powoli monotonnie:
— Piętnaście... szesnaście... siedemnaście... ośmaście... dziewiętnaście...
Rittner znowu ją ujął za rękę.
Matylda się odwróciła i spojrzała dookoła.
Panna Baltus, niema, nieruchoma, czuła się bardzo wzruszoną widokiem tej nieszczęśliwej, tak jeszcze pięknej pomimo bladości i znaków od paznokci na twarzy.
Oczy Matyldy zwróciły się w stronę Pauli. Zdawała się być pociągniętą ku młodej dziewczynie i z szyją naprzód pochyloną, pożerała ją spojrzeniem, postąpiła nawet ku niej kilka kroków.
Ta dziwna scena, ten niewytłómaczony pociąg zaintrygowały i zaciekawiły bardzo doktorów.
Rittner i Grzegorz pozwolili Matyldzie zbliżyć się do Pauli; gotowi byli pomódz jej w razie potrzeby. Spojrzenie siostry Renego przybierało dziwny wyraz. Marszczyła czoło skutkiem wysiłku myśli pomięszanych. Bezwątpienia musiała się w tej chwili odbywać wielka praca w tym biednym zaciemnionym umyśle. Wydała niewytłómaczony jakiś okrzyk i znowu zaczęła liczyć na palcach, szepcąc: