Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/443

Ta strona została skorygowana.

Paula pochyliła się nad nią, pocałowała i odpowiedziała:
— Nie obawiaj się o nic, kochanie, jeżeli cię teraz pozostawiamy samą, to dlatego, że potrzebujesz spokoju i snu.
— Ale powrócicie?
Spewnością!
— I prędko?
— Bardzo prędko.
— Nie powracacie dziś do Melun?
— Ja muszę powrócić, ale nasz wspólny przyjaciel, pan Grzegorz, nie pojedzie ze mną.
— Zostanie przy mnie?
— Zapewne.
— Na długo?
— Na zawsze.
Twarz Edmy zajaśniała radością.
— Na zawsze! — powtórzyła. — Czyż to możebne?
— To możebne i pewne. Doktor Vernier jest tutaj u siebie. Od wczoraj zakład ten do niego należy.
Młoda dziewczyna klasnęła w dłonie.
— Oh! jeżeli tak, to pewną jestem, że niezadługo zupełnie będę zdrową! Idźcie teraz, nie zatrzymuję was. Muszę odpocząć po tej wielkiej radości.
Uśmiechnęła się do Pauli i Grzegorza, poczem wolno opierając swoją blond główkę na poduszkach, przymknęła oczy, ażeby we śnie zatrzymać wielkie szczęście, jakiem przepełnioną była jej dusza.
Wszyscy wyszli z pokoju.
— Nie mogę wątpić — mówił do siebie Rittner. — Doktor Vernier jest tym samym doktorem, co w Melun leczył panią Delariviére. Ale kto może być ta młoda osoba, której nie wymieniono nazwiska? Jest w tem coś tajemniczego i niebardzo bezpiecznego.
— Ah! proszę pani! — wykrzyknął Grzegorz, wychodząc z pawilonu — czy pani nie wydaje się tak jak mnie, że nas tu sprowadziła ręka Opatrzności? Odnaleźć jednocześnie i matkę i córkę i to tak niespodzianie! To nie prosty przypadek to zrządził! Widocznym jest w tem palec Boży.