Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/469

Ta strona została skorygowana.

— I nikt nie był?;
— Nie... Zapewne wszyscy musieli wiedzieć o pańskiej podróży.
— To dziwne — pomyślał Fabrycjusz — ani René ani Rittner nie byli dowiedzieć się o mnie. Co to może znaczyć?
Stróż mówił dalej:
— A! zapomniałem... Przyniesiono wezwanie wniesienia podatku. Pana nie było, więc go uiściłem.
— Dobrze... Podaj mi rachunek.
— Niema nic pilnego, proszę pana.
— Laurent pozostawił ci klucze moje?
— Tak jest, proszę pana... Były mi koniecznie potrzebne dla pokazywania lokatorom, poszukującym mieszkania.
— Daj mi je... Potrzebne mi na parę godzin.
— Służę panu...
Młody człowiek przeszedł podwórze, schował do szafki w murze walizkę swoją i dla większego bezpieczeństwa zasunął jakimś meblem, zamknął mieszkanie, wsiadł spowrotem do powozu i kazał się zawieźć na ulicę Taitbout № 9.
Jak wiemy mieszkał tam René Jancelyn przed wyjazdem Fabrycjusza.
Tego samego dnia o tej prawie godzinie, kiedy Leclére dojeżdżał do stacji, Grzegorz Vernier opuszczał Auteuil, ażeby się udać do Paryża i zrobić wszystko, co tylko będzie możebne, dla zobaczenia René Jancelyn.
Panna Matylda Jancelyn, powierzona jego staraniom, dostarczała mu doskonałego pretekstu dla zaznajomienia się z bratem. Paweł de Langenois wskazał mu ulicę, ale nie wiedział numeru. Chodził od domu do domu, rozpytując stróży.
— Nie znamy — odpowiedziano mu wszędzie.
Pod numerem dziewiątym powtórzył pytanie, stróż mu odpowiedział, że zna Jancelyna doskonale.
— Czy zastałem go w domu?
— Nie, proszę pana, już tu nie mieszka... Są rzeczy tutaj jeszcze, ale sam pan René wyjechał...
— A kiedy ma powrócić?
— Wcale nie ma powwracać...