Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/492

Ta strona została skorygowana.

Fabrycjusz poszedł do parku, tak sobie rozmyślając:
— Rittner zrozumiał mój list i dotrzymał słowa. Edma i jej matka już nie istnieją. Ja sam zatem jestem spadkobiercą.
Służący, zawiadomiony dzwonkiem, oczekiwał przed pawilonem.
— Pan chce się widzieć z panem dyrektorem? — zapytał.
— Tak.
— Zaraz go pójdę uprzedzić. Niech pan raczy wejść.
Po chwili ukazał się Grzegorz.
Obaj skłonili się i stanęli zdziwieni naprzeciw siebie,
— To ten, co go spotkałem na ulicy Taitbout, — pomyślał Fabrycjusz. — Miej się na baczności!
— To ten jegomość, co się pytał o Renégo Jancelyn, — pomyślał Grzegorz.
Głośno zaś powiedział:
— Pan pragnął widzieć się ze mną?
— Tak jest, proszę pana, — odrzekł siostrzeniec pana Delariviére — i zaraz panu wytłumaczę dla czego, niech mi pan tylko najprzód pozwoli się zapytać, czy to nie pana spotkałem wczoraj przy ulicy Taibout?
— Tak, to ja byłem i także od razu pana poznałem.
— Jakie to dziwne często trafiają się przypadki, — powiedział Fabrycjusz z uśmiechem. — Nie spodziewałem się, że pana dzisiaj zobaczę, bo wszak pan jest doktorem Vernier, dyrektorem tego zakładu?
Grzegorz skinął głową potakująco. Fabrycjusz ciągnął:
— Nie do pana właściwie przyszedłem, lecz do pańskiego poprzednika. Tak, jak wczoraj panu wspominałem, powróciłem dopiero co z dalekiej podróży i nic nie wiedziałem, że pan Rittner odstąpił zakład.
— Jestem jego posiadaczem od dni dwunastu.
— Zdziwiłem się bardzo, gdym posłyszał od szwajcara o tej zmianie.
— Czy przyszedłeś pan do pana Rittnera, jako do przyjaciela, czy też jako do dyrektora domu zdrowia?