Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/506

Ta strona została skorygowana.

— Ale, — odrzekła, uśmiechając się panna Baltus — tyś również jak ja szczęśliwa...
— O! nie. To nie takie szczęście, jak twoje.
— Dla czego?
Edma wstrząsnęła główką.
— Ty możesz swobodnie kochać Fabrycjusza, droga Paulo. Nie zależysz od nikogo, gdy tymczasem ja... a któż to wiedzieć może?
Młoda dziewczyna urwała i smutnie zwiesiła główkę.
Fabrycjuszowi, dla powodów łatwych do wytłómaczenia, chodziło bardzo o pozyskanie sympatji doktora Verniera. Zabrał głos z pewną uroczystością.
— Zaraz ci odpowiem kuzyneczko na pytanie, jakie sobie zadajesz, zapewniam cię, że tak samo jak panna Baltus, możesz wierzyć w swoje szczęście, możesz się nie obawiać o jego utratę...
— Jakto? — spytała drżąca Edma — jakto Fabrycjuszu... wytłómacz się! co znaczą twoje słowa?
— Znaczą kochana kuzynko, że doktor Vernier pisał do wuja i wyznaj mu swoją miłość!...
— Ach! — wykrzyknęła Edma, rzucając na Grzegorza pełne wdzięczności spojrzenie.
— A twój ojciec... — zaczął znowu Fabrycjusz.
— Co ojciec... — powtórzyła młoda dziewczyna, której cała dusza zawisła na ustach kuzyna.
— A twój ojciec — dokończył Fabrycjusz — kazał mi odpowiedzieć panu Vernier, że pozwala mu kochać się w tobie.

ROZDZIAŁ LV.

Edma, posłyszawszy tę odpowiedź, pochodzącą niby od ojca, nie wymówiła ani słowa. Wzięła za ręce Grzegorza i Paulę i łzy radości popłynęły jej z oczu.
— Droga dzieweczko moja — zawołała panna Baltus — pewną już zatem jesteś przyszłości swojej?
— Moja ukochana Edmo... — szeptał Grzegorz — aniołku mój!... nadziejo moja!...