Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/517

Ta strona została skorygowana.

Z bólu wypuścił papier, który kręcąc się w powietrzu, upadł u stóp kasztana i zagasł nagle.
— Uf! — mruknął marynarz, śledzący wszystko. — Uu! do pioruna! to się ślicznie wykręciłem!
I odetchnął swobodnie, nie przestając obserwować Fabrycjusza.
Powrócił on do stołu. Wziął rewolwer, wsunął go w boczną kieszeń ubrania i wyszedł z pokoju.
— Coś się wszystko gmatwa coraz bardziej! — pomyślał Klaudjusz. — Gdzie on się wybiera? Muszę się o tem dowiedzieć i będę wiedział — rzekł, i nie tracąc chwili czasu, zesunął się z drzewa na ziemię.

ROZDZIAŁ LVIII.

Z szybkością strzały Klaudjusz przesunął się przez krzaki, minął trawnik i znalazł się wprost bramy willi. Zaledwie się ukrył poza kwitnącym krzewem, gdy drzwi się otworzyły i Fabrycjusz z gołą głową wyszedł z domu i skręcił na lewo.
— Patrzcie! patrzcie! — szepnął Klaudjusz — idzie w stronę mojego pawilonu. No, dalej na polowanie.
Zdjął buty i poszedł boso za Leclérem.
Niebo się zachmurzyło i zanosiło się na burzę.
Przybywszy do pawilonu Klaudjusza, Fabrycjusz się zatrzymał. Spojrzał na ciemne okna i zaczął się przysłuchiwać. Głęboka panowała cisza.
— Śpią — powiedział po cichu i poszedł dalej.
Klaudjusz Marteau uczynił to samo.
Fabrycjusz zbliżył się do małej furtki, wychodzącej na bulwar Sekwany, włożył w zamek jeden z kluczy, jakie przed kwadransem odebrał od Laurenta; zakręcił, drzwi się otworzyły i nocny spacerowicz skierował się na brzeg rzeki.
Marynarz chciał wszystko widzieć. Uczepił się więc oburącz wierzchołka nie zbyt wysokiego muru, który otaczał park, uniósł się i usiadł na tym murze.
Fabrycjusz zatrzymał się przy brzegu Sekwany i zaczął rozglądać się do okoła. Jak tylko mógł zasięgnąć okiem,