Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/577

Ta strona została skorygowana.

— Niema w tem nic nadzwyczajnego... Pani Delariviére mogła wstać z łóżka i chodzić...
— Pić — szepnęła Joanna — pić.
— Zaraz dostaniesz pani pić — odpowiedział Grzegorz, przykładając rękę do czoła Joanny — ale najpierw powiedz, czy jeszcze cierpisz bardzo.
Joanna wstrząsnęła głową.
— Już nie cierpisz?...
— Nie... tylko pić mi się chce.
— Czy głowa bardzo bolała?
— Bardzo... tak... boję się... Widziałam...
— Co takiego?
— Ducha ciemności... był tu w nocy... miał krew na rękach... nalał mi krwi... Czuję jeszcze smak krwi na ustach.
Fabrycjusz blady był jak śmierć. Ręce mu się trzęsły.
— Malignę ma... — powiedział.
— Tak, ale spokojną, bez szaleństwa, bez furji — odrzekł Grzegorz, na nieszczęście, to rzecz nieunikniona i tak będzie aż do zupełnego wyzdrowienia. Teraz potrzeba, żeby wypoczęła... Pozostawmy ją samą... Panie Schultz, każ pan podać zwykły napój. Czekać będę na pana o dwunastej w gabinecie u siebie... Naradzimy się... musimy dojść przyczyny tego nadzwyczajnego podniecenia, które, jak się zdawało, ustało już zupełnie.
— Stawię się, panie dyrektorze.
— A teraz — ciągnął Grzegorz — chodźmy do panny Edmy.

ROZDZIAŁ V.

Wizyta trwała krótko. Stan zdrowia młodej dziewczyny ciągle był jednakowy, bardzo wolno przychodziła do sił, co Grzegorza do rozpaczy przyprowadzało. Pokonał wprawdzie chorobę serca, ale osłabienie trwało ciągle, pomimo wszelkich usiłowań.
Panna Baltus i trzej panowie wyszli z pokoju. Skoro tylko zeszli do ogrodu, zadzwoniono na śniadanie.