Strona:PL X de Montépin Lekarz obłąkanych.djvu/669

Ta strona została skorygowana.

Zadziwia pana, że mnie tu widzisz, bo myślałeś, żem jest w Hawrze, dokąd mnie wyekspedjowałeś dla tego tylko, ażebym ci nie zawadzał! Ale powróciłem na czas dzięki Bogu i jeżeli zostałeś przyłapany, to mnie masz to do zawdzięczenia, mnie tylko jednemu! Już od dawna do wszystkich djabłów, włóczyłem się za tobą i nie sypiałem po nocach, ażeby ci tylko usłużyć...
Fabrycjusz nie wyrzekł ani słowa, spojrzał tylko na marynarza z nieopisaną nienawiścią.
Klaudjusz spostrzegł to spojrzenie.
— Do pioruna! — rzekł ze śmiechem — nie dałbym dwa sous za moją skórę, gdybyśmy się tak sam na sam gdzie w lesie spotkali i gdybyś pan miał rewolwer ze sobą. Na szczęście niema o to obawy... Gniewa to pana, ale to już tak na świecie!
Marynarz zwrócił się do Pauli i mówił dalej:
— Wstawia się pani za tym człowiekiem, bo pani wie o jednej tylko jego zbrodni. Ale niechno pani będzie łaskawa poczekać trochę. Przekona się pani zaraz, czy łotr, za którym pani prosi, wart jest tej łaski. Nie galery go czekają, ale szafot!...
— Szafot! — powtórzyła Paula, oszalała z przerażenia.
— A tak, proszę pani, szafot go czeka i nie minie!...

ROZDZIAŁ XXVII.

Wściekłość Fabrycjusza była tak wielką, że aż piana ukazała się na ustach.
— Kłamstwo! — zawołał — kłamstwo!...
— Niech pani dobrze uważa, a osądzi pani zaraz, po czyjej stronie kłamstwo, a po czyjej prawda. Ten człowiek niejedną popełnił już zbrodnię... Że mu się nie udało z panią Delariviére, to wcale nie jego wina, ma on od dawna już ręce dobrze we krwi zbroczone...
— Oszczerstwo! kłamstwo — warknął Fabrycjusz.
Milcz!... — krzyknął Klaudjusz — milcz, albo ci gębę zaknebluję!... Tak jest, szubieniczniku, to nie pierwsza twoja: zbrodnia! Pchnąłeś za siebie na śmierć niewinnego.