Strona:PL X de Montépin Panna do towarzystwa.djvu/157

Ta strona została przepisana.

— Nie do Pontarmé on by przyszedł ze wszystkiemi swojemi przyrządami, odrzekł Filip... Chciał poprostu zasięgnąć wiadomości, zdjąć plan waszego podwórza moja pani, ażeby mógł się zakraść w ciągu nocy... Zatrzymał się z pewnością w jakiejś sąsiedniej wiosce.
— Niewątpliwie tak było, masz pan słuszność zupełną, rzekł doktór Gilbert, wpijając swe oczy, w oczy Filipa.
— Aha! rzekł tenże, więc pan znalazłeś to miejsce?..
— Znalazłem je...
— I nic pan nam nie powiedziałeś! zawołał młody człowiek z niezadowoleniem.
— Chciałem panom powiedzieć dziś dopiero.
— A więc tam trzeba nam udać się, aby wybadać, otrzymać wskazówki o tych nędznikach... dowiedzieć się o ich liczbie.
— Było ich tylko dwóch.
— I gdzież te dwa łotry, zatrzymali się przed godziną zbrodni.
— W la Chapelle-en-Serval, odrzekł Gilbert patrząc się tym razem w oczy Vendamowi. Tam to właśnie w oberży pod „Białym Koniem“, postawili wóz w wozowni, jedli obiad, i ztamtąd tu przyjechali.
— Idźmy więc prosto do la Chapelle-en-Serval, do oberży pod „Białym Koniem“.
— Myślałem właśnie zaprowadzić tam panów, tak, że nawet kazałem przygotować tam dla nas śniadanie.
Filip wstał.
— Chodźmy więc panowie... rzekł. — Dziękujemy pani i życzymy jej dnia dobrego.
Wyszli z oberży Pontarmé i skierowali się w stronę la Chapelle-en-Serval.
Chociaż pan de Garennes okazywał zuchwałość i pewność siebie, którą nazwaćby można bezczelnością i zachowywał pozornie spokój zupełny, uczuwał jednakże wewnętrznie straszną niespokojność i pewien rodzaj drżenia nerwowego.
Tajemne udręczenie jakby go dusiło.
Rola, którą miał odegrać, była przerażająco niebezpieczną.
W oberży pod „Białym Koniem“, przebyli wraz z Julianem długie godziny, mogli więc być poznani jeden lub drugi.
W takim razie byliby zgubieni stanowczo.
Vendame ze swej strony doświadczał wzruszenia, które w niczem nie ustępowało niepokojowi jego pana; lecz zarówno jak Filip ukrywał je pod nieprzeniknioną maską.
— Ha! ryzykujmy! — myślał. — Orzeł, albo rzeszka! Niepodobna się cofnąć! Zresztą daleko więcej mam szans za sobą, aniżeli przeciwko mnie... Czerwona peruka zmieniła mój cyferblat. — Niepoznano mnie w Pontarmé, dla czegóż więc u dyabła mieliby mnie poznać w la Chapelle-en-Serval?
I szedł za swym panem, nucąc półgłosem jakąś popularną zwrotkę.
Tak jak tchórze, śpiewają, aby sobie dodać odwagi.


XXXII.

Rozmowa z wdową Magloire, nie trwała długo.
Dwunasta biła, kiedy przybyli do la Chapelleen-Serval do oberży pod „Białym Koniem“.
Wilhelm był już z poleceniami od swego pana.
Stół nakryty w pokoju na pierwszem piętrze, w którym miesiąc temu, Filip z Vendamem obiadowali sam na sam, oczekiwał na gości.
Podejrzenia doktora Gilberta, prawie jak gdyby już się rozchwiały.
Ostatnia ta konfrontacya przygotowana przez niego, powinna, jak myślał, usunąć je w zupełności.
Pan de Garennes i jego kamerdyner, pomimo gwałtownego wzruszenia wewnętrznego, weszli do ober-