Strona:PL X de Montépin Panna do towarzystwa.djvu/191

Ta strona została przepisana.

Zapomniałem nazwiska departamentu w poprzedniej depeszy. — Z obawy spóźnienia powtarzam co mówiłem. Honoryna Lefebvre przemówiła. Dziecko złożone nazajutrz po urodzeniu, w Nanteuil-ie-Haudoin, u Vendamow.

Mortimer“.

— Pierwszy telegram przybył, lecz. mógł istotnie spóźnić się z powodu opuszczenia departamentu. Za cenę co kosztuje słowo z Ameryki przez linę trans atlantycką, nieuwaga ta drogo kosztuje.
— Czy odeślesz pani ten ten telegram dziś jeszcze wieczór, zapytała pomocnica biuralistki?
— Nie mam przez kogo... Zresztą, ponieważ tamta pierwsza depesza została odniesioną, nie ma nic pilnego... Wyślę ją jutro, jak będzie można najwcześniej.
Biuralistka przyłożyła pieczęcie, włożyła depeszę w kopertę i schowała ją do szuflady.
O zwykłej godzinie, biuro pocztowe zostało zamknięte, a otwarte dopiero nazajutrz o wpół do dziewiątej rano.
Biuralistka nie zapomniała o depeszy.
Wyjęła ją z szuflady i zawołała Benedykta.
Młody kolega garbuska znajdował się w drugim pokoju.
Usłyszawszy wołanie otworzył drzwi biura i odpowiedział:
— Benedykta niema proszę pani.
— Cóż to znaczy? on, tak zawsze pilny.
— Nie wiem pani. Czy mam pójść po niego?
— Niepotrzeba, wkrótce zapewnie nadejdzie, i wytłómaczy się ze spóźnienia. — Firmenie weź tę depeszę... Do doktora Gilberta w Morfontaine... Tam gdzie wczoraj wieczór chodził Benedykt. Dyliżans wkrótce nadjedzie, usiądziesz z obok konduktora. — Jeżeli Benedykt zaraz nie wróci, poszlę do jego matki.
Firmin wziął torbę skórzaną, przewiesił ją sobie przez ramię, i poszedł z telegramem do oberży pod „Białym Koniem“ aby tam czekać na dyliżans, który też wkrótce nadszedł.
Chłopak wdrapał się na ławeczkę na wierzchu powozu.
Przybył do Kwadratowego Domu i oddał depeszę Wilhelmowi, który stosując się do instrukcyi swego pana, wsunął w rękę małemu chłopcu srebrną sztukę monety.
Doktór Gilbert znajdował się w gabinecie, kiedy Wilhelm oddał mu depeszę bankiera Mortimera z New Yorku.
Przypuszczał, że przyszła z Paryża, wysłana przez Raula de Challins.
Rozdarłszy kopertę obojętnie, rzucił na nią okiem.
Nagle zbladł jak trup i ręce mu się zatrzęsły.
— Honoryna przemówiła! wyjąknął głosem wzruszonym, — umieściła Genowefę w Nanteuil-le-Haudoin. — Mój Boże! mój Boże! — nareszcie mogę odszukać moje dziecię! Boże dobroci, aby tylko żyła! Dozwól abym ją przycisnął do mej piersi!
I wybuchł łkaniem, którego nie starał się wstrzymywać.
Łzy długo płynęły z jego oczów.
Nareszcie zwolna odzyskał pewien spokój, i począł rozmyślać, co należało uczynić, aby ujrzeć córkę jak można najprędzej.
— Nanteuil-le-Haudoin, rzekł odczytując depeszę, nie zwracając uwagi na pierwsze słowa, wskazujące wysłanie poprzedniej depeszy. Wszak to o dziesięć mil ztąd, a w tej wiosce nie ma żadnego środka szybkiej komunikacyi. A więc, pojadę do Paryża, i wsiądę w pociąg który odwiezie mnie do Nanteuil... Pilno mi zobaczyć tych Vendamów, o których mówiła Honoryna, i z ich ust dowiedzieć się, co się stało z mojem dziecięciem.
Doktór zadzwonił na Wilhelma i kazał podać sobie na prędce jakiekolwiek śniadanie, kawałek zimnego mięsa, co tylko może być gotowem.
Twarz Gilberta ożywiła się, wyraz radości zajaśniał na niej, oczy błyszczały mu jak za młodych lat.
Udał się do pokoju sypialnego, a ztąd do gabinetu tualetowego i ubrał się prędko, aby wyjść zaraz jak tylko zje śniadanie.
Skończywszy się ubierać, zeszedł na dół.
W chwili gdy zstępował z ostatniego schodu, dzwon u kraty willi dał się słyszeć, oznajmiając przybycie gościa.
W tej samej chwili „Agra“ i „Nella“ poczęły wyć radośnie.
— Któż to być może tak rano, zapytał siebie Gilbert, podczas gdy Wilhelm szybko poszedł do kraty.
Wkrótce powrócił w towarzystwie pana de Challins.
— Raul, rzekł doktór. — Bardzo się cieszę z jego przyjścia! podzieli ze mną radość, dowiedziawszy się o tak szczęśliwej nowinie.
Raul przyśpieszał kroku.
Gilbert wyszedł z domu na jego spotkanie i na widok jego pomięszanej twarzy, zawołał wyciągając do niego rękę:
— Zkądżesz ta mina z tamtego świata, mój drogi chłopcze? Cóż się stało? Co za zmartwienia, czy też niebezpieczeństwa ci grożą? Cóż mi masz tak smutnego do powiedzenia?
— Przychodzę błagać pana, o ratowanie nie już mojego honoru, ale życia! odpowiedział Raul.
— Przestraszasz mnie, mój chłopcze? rzekł Gilbert, prowadząc pana de Challins do wnętrza Kwadratowego Domu. Co znaczą te słowa? Czy istotnie zagraża co twemu życiu?
— Tak jest, wyjąknął Raul padając na krzesło.
— Jakim sposobem? Nie rozumiem cię...
— Doktorze, Ona jest umierającą, a jeżeli umrze, ja jej nie przeżyję...
Gilbert odetchnął.
— Widzę, że tu nie idzie wcale o ciebie, rzekł, lecz o osobę, która ci jest drogą... Wytłómacz się.
— W jednej z naszych rozmów, dałem panu do zrozumienia, że noszę w sercu głęboką miłość.
— Tak mój chłopcze... Mówiłeś i o pewnej młodej dziewczynie, która, jeżeli mnie pamięć nie myli, była lektorką u u pani de Brennes, gdzie jak myślałem, przyciągała cię piękność jej córki. — A więc ta dziewczyna?..
— Doktorze! — zawołał Raul, jeśli przychodzę tu do pana, to dla tego, że wierzę w pańską naukę i przyjaźń dla mnie. — Ta którą kocham, dotkniętą jest od kilku dni chorobą serca, którą zwalczyć leczący ją doktór uznał się bezsilnym. Ona cierpi, gaśnie... a ja chcę aby żyła, bo jeżeli ona umrze, ja także umrę... Jedyna moja nadzieja w tobie doktorze! W imię Boga doktorze, drogi doktorze, ratuj ją...