Strona:PL X de Montépin Panna do towarzystwa.djvu/192

Ta strona została przepisana.

— Jestem gotów, odrzekł doktór ze wzruszeniem. — Ale aby zwalczyć tę chorobę, trzeba ją poznać, aby leczyć tę młodą osobę, trzeba ją widzieć...
— Dla tego właśnie przyjechałem tu doktorze, aby cię zobaczyć i błagać...
— Rozporządzaj więc mną, chociaż miałem zająć się poszukiwaniem niesłychanie dla mnie interesującem.
Raul zajęty ciągle jedyną myślą, niesłuchał.
— W tem jest jednak trudność, mówił dalej, że nie będziemy mogli widzieć chorej otwarcie, jak bym tego pragnął.
— Cóż przeszkadza?
— Genowefa nie jest już u pani de Brennes...
— Ah! ona się nazywa Genowefa... rzekł doktór zadrżawszy.
— Tak. — Opuszczając panią de Brennes, weszła jako panna do towarzystwa do pani de Garennes, mojej ciotki.
— U twojej ciotki... powtórzył doktór Gilbert z pomięszaniem nie do wypowiedzenia, z którego sam sobie sprawy nie zdawał.
— Tak... i moja ciotka, której wyznałem moją miłość, nie przystaje, abym u niej, w jej nawet obecności, mógł widzieć Genowefę.
— Jest to purytanizm przesadny, być może, ale można go zrozumieć. — Cóż więc uczynić?
— Widziałem Genowefę w nocy, przedarłszy się przez mur do parku mojej ciotki. — Genowefa dała mi klucz od pawilonu w którym mieszka, abym mógł do niej przyprowadzić ciebie doktorze.
— Jeżeli cię dobrze zrozumiałem mój chłopcze... rzekł Gilbert zwolna głosem surowym — będziemy musieli chcąc dostać się do osoby którą kochasz, zrobić to, coś sam już robił, to jest przełazić przez mur, to jest wkradać się w nocy do obcego domu, gdzie obecność nasza, gdyby była odkrytą, mogłaby być tłómaczoną w sposób nie przynoszący nam zaszczytu.
— Tak, na nieszczęście, tak jest... Wahasz się panie doktorze?
Doktór Gilbert milczał.
— Odmawiasz? zapytał Raul z wyrazem rozpaczy.
— Muszę przyznać, że do podobnych wybiegów, czuję ogromny wstręt.
Młody człowiek padł do nóg brata Maksymiliana, i ściskając jego ręce, wyjąknął płacząc:
Ależ ona umiera, a ty jeden doktorze możesz ją wyratować... Ty jeden możesz mi życie przywrócić, zachowując jej życie... Błagam cię na kolanach, chodź tam ze mną. Zgadzasz się doktorze, nie prawdaż! Oh! powiedz mi, że się zgadzasz.
Błagający głos, postawa zrozpaczona, łzy Raula, doszły aż do serca Gilberta.
— Powstań mój chłopcze, odpowiedział, choć wielkim jest mój wstręt i skrupuły, muszę ustąpić przed taką boleścią jak twoja... Pójdę z tobą.
— Oh! Dzięki drogi doktorze! Dzięki z całej duszy! Niech Pan Bóg cię wspiera i wynagrodzi!
— Gdzież teraz mieszka pani de Garennes?
— W swojej willi w Bry-sur-Marne.
— O której godzinie będziemy mogli dostać się do chorej?
— O wpół do dwunastej.
— To dobrze, będziemy tam. — Robię dla ciebie wielkie poświęcenie Raulu, opóźniając, aby ci usłużyć, pewną podróż, która być może, sprowadzi najwyższą radość, jaką tylko mogę doświadczyć.
— O cóż więc idzie?
— O znalezienie córki hrabiego de Vadans twojej kuzynki... noszącej imię tej, którą kochasz....
Nazywa się Genowefa.
— Otrzymałeś więc pan wiadomości z New Yorku? — Na pół godziny przed twojem przyjściem.
— I wiadomości te są zadawalniające?
— Nie mogłem oczekiwać lepszych. Kobieta która sama jedna tylko mogła mnie objaśnić w przedmiocie dziecka hrabiego, była nareszcie w możności powiedzenia mojemu korespondentowi, bankierowi Mortimer, tej tajemnicy.
— A więc pan wiesz, gdzie córka mego wuja była złożoną?
— Wiem.
— I gdzież?
— W wiosce, która się nazywa Nanteuil-le-Haudouin.
Raul zadrżał, tak jak poprzednio zadrżał Gilbert, słysząc wymienione imię Genowefy.
— W Nanteuil-le-Haudouin?
— Tak.
— U kogo?
— U wieśniaków nazwiskiem Vendame.
Krew uderzyła do głowy panu Challins i o mało go nie zadusiła.
Stał się purpurowym i zachwiał się.
— U Vendamów, wykrzyknął Raul — w Nanteuil-le-Houdoin... Genowefa de Vadans... ależ Genowefa ta którą kocham... ta która cierpi, umiera, którą obiecałeś pan uratować, nazywa się Genowefa Vendame, była wychowaną, wzrosła w wiosce Nanteuil-le-Houdouin...
Kolej przyszła na doktora zachwiać się pod gwałtownym ciosem tej wiadomości.
— Boże sprawiedliwy! Ta którą kochasz nazywa się Genowefa Vendame i pochodzi z z Nanteuil-le-Houdoin... Gdyby to była ona. Wszak jest u pani de Garennes, w Bry-sur-Marne, chora, umierająca! Ah! Raulu, jeżeli twoja Genowefa jest dziedziczką hrabiego de Vadans, nie cierpi ona na chorobę serca, nie umiera naturalną śmiercią. Ją zabijają... Słyszysz Raulu, ją zabijają!!..


XLVI.

— Co pan mówisz? zawołał Raul, którego skronie zimny pot okrył. Ależ to szaleństwo! Któżby miał interes w spełnianiu tak podłej i nędznej zbrodni.
— Kto? odpowiedział Gilbert z gwałtownością. Czyż nic nie rozumiesz? Genowefa jest dziedziczką, jedyną dziedziczką hrabiego de Vadans. Genowefa żyjąca zabiera całą sukcesyę, na którą liczyła baronowa de Garennes. Zabijając ją pani de Garennes i jej syn, zabierają trzecią część sukcesyi, a gdybyś ty był skazany jako zabójca hrabiego, gdybyś ty przez sam fakt skazania stał się niezdolnym do dziedziczenia, twoja część również by zwiększyła część baronowej! Czy rozumiesz nakoniec? A! teraz ja-