Strona:PL X de Montépin Panna do towarzystwa.djvu/222

Ta strona została przepisana.

— Pocóż jedzie do Ameryki?
— Zaniepokojony nie dającem się wytłomaczyć milczeniem osoby, która jedynie może mu dostarczyć wyjaśnień, co do córki naszego wuja, — postanowił osobiście udać się na miejsce. Nieobecność jego potrwa przeszło miesiąc.
— To bardzo nie dobrze dla ciebie mój kuzynie... rzekł Filip głosem bolejącym.
— Nie dobrze, dla czego? — Doktór Gilbert powinien poprzeć twoją obronę, a poparcie jego uważałem za rzecz bardzo dla ciebie korzystną.
— Otrzymał od prokuratora Rzeczypospolitej upoważnienie do złożenia zeznania swego na piśmie. Zeznanie to już mu posłał i zostanie ono odczytane na audyencyi sądowej.
— A więc, drogi Raulu, ufaj i miej odwagę...
— Dziękuję...
— Jutro przyjdę cię odwiedzić.
Raul opuścił pana de Garennes i udał się do Couciergerie, gdzie został osadzony jako więzień.


Od dni paru dzienniki doniosły o stawieniu wicehrabiego de Challins przed sąd przysięgłych.
Zbrodnia na ulicy Garancière była na porządku dziennym, i roznamiętniała gorących amatorów wzruszeń sali sądowej.
Prokurator generalny i prezes sądu, zarzuceni byli żądaniami o bilety wejścia.
Wszystkie znakomitości paryskie, do jakiegobądź świata należące — pragnęły przysłuchiwać się debatom, które bez względu na rezultat, obiecywały być bardzo ciekawemi i wzruszającemi.
Filip de Garennes zarówno jak i jego matka, nie potrzebujemy zapewniać, byli w ciągłej gorączce.
Baronowę, wezwaną w charakterze świadka, bardzo niepokoiło to ukazanie się w sądzie.
Julian Vendame nie miał żadnych wiadomości o doktorze Gilbercie, i milczenie to uważał za zły znak.
Nędznik ten wiódł życie w śmiertelnej obawie; każde uderzenie dzwonka wywoływało drżenie nerwowe na całem ciele.
Nadszedł dzień sądu.
Pan de Garennes, tegoż samego rana miał odwiedzić Raula, ażeby mu dodać odwagi, jak mówił.
Wychodząc z domu około dziewiątej zapytał swego kamerdynera.
— Nie masz ochoty znajdować się na audyencyi?
Julianowi twarz się zmieniła i odrzekł niepewnym głosem:
— Oh! nie, panie baronie, najmniejszej niemam do tego ochoty!
Filip poszedł.
Zaledwie pół godziny minęło od jego wyjścia, kiedy głośne uderzenie dzwonka podrzuciło Juliana na krześle.
Drżąc poszedł drzwi otworzyć i znalazł się wobec Gilberta.
— Pan, panie doktorze! — zawołał blady jak śmierć.
— Muszę z tobą pomówić, odrzekł przybyły.
— Jestem na rozkazy, panie doktorze! Vendame zamknął drzwi.
— Potrzebuję cię jeszcze, rzekł Gilbert.
— Ah! panie... panie... wyjąknął Julian ze łzami, miej pan litość nademną... Ja żałuję... uczyń mi łaskę tak jak przyrzekłeś... pozwól mi, uciec...
Doktór powtórzył jedynie:
— Jeszcze potrzebuję ciebie.
— Rozkazuj więc, odrzekł Vendame, w obłąkaniu zapominając mówić w trzeciej osobie, — będę posłusznym, jestem gotów, lecz nie przedłużaj mąk jakie znoszę...
— Gdzie się udasz, jeżeli cię pozostawię na wolności?
— Do kraju, w którym jak się spodziewam sprawiedliwość nigdy mnie nie dosięgnie... Do Ameryki...
— Masz pieniądze?
— Tyle tylko ile na podróż wystarczy...
— A więc, dam ci dziesięć tysięcy franków, jeżeli literalnie wykonasz moje rozkazy.
— Uczynię wszystko przysięgam. Mów pan, mów....


LX.

— A więc — rzekł doktór, wyjmując z kieszeni papier. Oto arkusz stemplowego papieru, na którym opisałem pobieżnie udział, jaki brałeś w zbrodniach spełnionych przez barona Filipa de Garenes... Stwierdzisz podpisem prawdziwość tych faktów.
— Ależ podpisać to, znaczy wydać się, — przyznać się do winy! zawołał Julian z oczami pełnemi łez i wstrząsany nerwowem drżeniem. To dla mnie galery, rusztowanie może...
— Potrzebuję tego dowodu, odrzekł Gilbert z najzupełniejszą zimną krwią. Jeżeli nie zechcesz podpisać, każę cię natychmiast aresztować... Jeżeli zaś podpiszesz, papier ten zostanie wręczony komu się należy, dopiero po twoim wyjeździe z Paryża...
— Zaręczasz mi pan, panie doktorze?
— Tak jest.
— Ufam panu... podpiszę...
— Naprzód przeczytaj.
— Poco?
— Czytaj! powtórzył Gilbert, podając papier nędznikowi... Czytaj, chcę tego.