Strona:PL X de Montépin Panna do towarzystwa.djvu/63

Ta strona została przepisana.

Raula de Challins i baronowę de Garennes w towarzystwie syna.
Raul ucieszył się bardzo odebrawszy ten list, nie z uczucia chciwości, dalekiej bardzo od jego umysłu, lecz dla tego, że raz pozbywszy się tych interesów dotyczących sukcesyi, będzie mógł wykonać swój projekt proszenia Mikołaja Vendame o rękę je go córki.
Od czasu owej rozmowy z panią de Brénnes, rozmowy nie zostawiającej żadnej nadziei w umyśle matki i córki; pan de Challins nie był ani razu w pałacyku przy ulicy Saint-Dominique. A tym sposobem nie mógł również widzieć Genowefy. Nawet nie śmiał do niej napisać.
Gdyby miłość jego dla Genowefy wyszła na jaw (rozumiał to dobrze), sprowadziłaby na głowę biednego dziewczęcia nienawiść obu tych kobiet, bota śnie dotkniętych zawodem, jaki je spotkał.
Mogłyby więc jeżeli nie przejmować listy do niej pisane, to prawdopodobnie poznałyby charakter jego pisma. Wystarczałoby to ażeby obudzić podejrzenia i wielkie spowodować dla Genowefy przykrości. Rozsądek zatem nakazywał wstrzymać się.
Strasznie długiem wydawało się to oczekiwanie Raulowi, miłość jednakże dodawała mu odwagi...
Filip de Garennes, czytając list powołujący matkę i jego samego do notaryusza, bardzo się zaniepokoił.
Zapytywał siebie dla czego prokurator uprzedzony przez opinię publiczną i anonimy, dotychczas jeszcze nie dał znaku życia.
Czyżby podział majątku hrabiego de Vadans dopełniony być miał bez żadnej przeszkody? Zkąd to niewytłomaczone opóźnienie oczekiwanego wybuchu?
Raul okazujący staremu służącemu Honoryuszowi zwykłe zaufanie, powiedział mu, że za dwa dni zostanie wprowadzony w posiadanie swej części sukcesyi.
Honoryusz ze swej strony pamiętny na instrukcyę daną przez doktora Gilberta, którego uważał teraz za swego prawdziwego pana. Powiedział sobie, że powinien zawiadomić go o dniu i godzinie wprowadzenia w posiadanie, tak jak się zobowiązał, i z obawy aby list się nie spóźnił postanowił wysłać depeszę telegraficzną.
Mając adres zostawiony przez brata ś. p. hrabiego Maksymiliana, poszedł do biura telegraficznego i posłał telegram treści następującej:
Doktór Gilbert, M orfontaine (Oise)
Pojutrze w sobotę, zebranie u notaryusza Hervieux ulica Bonaparte, 29, w celu podziału sukcesyi, {{f|align=left|lewy=70%|Honoryusz“.} W trzy godziny później depesza wręczoną została Gilbertowi w Kwadratowym domu.


XXIX.

Filip de Garennes był w błędzie przypuszczając, że prokuratorya i prefektura policyi, nie zwróciły uwagi na anonimy do nich adresowane.
Przyjmując z pogardą na jaką zasługują podobnie nikczemnie denuncyacye, pisane przez ukrywających swą osobistość, biorą je jednakże względnie pod uwagę.
Dziewięćdziesiąt dziewięć listów anonimowych na sto bywa czystą potwarzą, wykręcającą najniewinniejsze fakta, lecz jedna setna zwraca czasami uwagę na jakąś zbrodnię, która bez tego nigdy nie byłaby wykrytą.
Dwa listy Filipa przybyłe wieczorem, zostały wręczone jeden w biurze prokuratora Rzeczypospolitej drugi w gabinecie szefa Bezpieczeństwa Publicznego.
Szef Bezpieczeństwa przychodzący co rano bardzo wcześnie dla rozpatrzenia korespendencyi i raportów agentów, pierwszy ów list przeczytał.
Po chwili namysłu, schował go portfelu i zajął się dalszem rozpatrywaniem codziennych spraw. Ukończywszy tę pracę, i wydawszy rozkazy udał się do Pałacu Sprawiedliwości i kazał się zameldować u prokuratora Rzeczypospolitej, który przyjął go natychmiast, i powiedział jak tylko się ukazał:
— Przychodzisz pan właśnie w porę... Miałem kazać pana prosić abyś przyszedł pogadać ze mną.
— O czem?
— W przedmiocie listu, który znalazłem w mojej dzisiejszej poczcie.
Prokurator biorąc drugi list Filipa ze stołu, podał go szefowi Bezpieczeństwa.
Ten ostatni szybko go odczytał. Poczem otworzywszy swój portfel wyjął z niego pierwszy list.
— To bardzo ciekawe — rzekł — właśnie przychodzę zakomunikować panu list bardzo do tamtego podobny.
Z kolei prokurator odczytał anonymową denuncyacyę, i rzekł:
— Idzie tu o tę samą sprawę... Chociaż pismo jest różne, listy mogą pochodzić od jednej i tej samej osoby...
— Niewątpliwie.
— Oskarżenie pomimo to może być uzasadnione.
— Być może... Czy znałeś pan tego hrabiego de Vadans?
— Wiele o nim słyszałem. Był to człowiek dawnej rasy, posiadał ogromny majątek, ale przytem dziwny oryginał, oddawna siedział zamknięty w swoim pałacu jak w klasztorze. Synowiec jego, młody baron Filip de Garennes jest tu u nas adwokatem, wielkiej przyszłości.
— Cóż z tem uczynić?
— Wyszlij pan swych agentów na zwiady, nakaż im pan wielką ostrożność, i absolutną dyskrecyę, i niech zasięgną w okolicy pałacu informacyi. Jeżeli pogłoski przez nich zebrane potwierdzą denuncyacyę... Wtedy postanowimy, co czynić.
— Dziś zaraz rozpocznę działanie... Czy możesz mi pan powierzyć oba te listy?
— Oto są.
Szef Bezpieczeństwa powrócił do prefektury, wszedł do swego gabinetu i kazał przywołać jednego z agentów, w którym pokładał całe swoje zaufanie.
Był to człowiek wysokiego wzrostu, chudy, nerwowy, wieku lat czterdziestu kilku, cokolwiek siwiejący, powierzchowności dość pospolitej, lecz inteligentnej fizyognomii. Nazywał się Jodelet.
— Pan szef ma mi coś do rozkazania? — zapytał nizko kłaniając się.
— Tak jest.