Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/450

Ta strona została przepisana.

— I wiesz o tem doskonale, że te pięć tysięcy franków, które tu oto leżą, są jego świętą własnością. Sądzę więc, że i sama nie będziesz się cichaczem głodziła i jemu nie pozwolisz umrzeć z wycieńczenia. Chcę, byś mu dogadzała.
— Powtarzam, panience, że dołożę wszelkich starań. aby panu niczego nie brakowało.
Nastało milczenie ponowne. Obie kobiety wciąż na siebie spoglądały.
— A jeszcze pamiętaj i o tem, aby się zbytnio nie zapracowywał. Odjeżdżam bardzo niespokojnie, gdyż zdrowie mistrza szwankuje od niejakiego czasu. Będziesz go pielęgnowała; nieprawdaż?
— Tak jest, niech panienka będzie spokojna!
— Zresztą ufam ci zupełnie. Teraz już będzie miał tylko ciebie jedną; pociesza mię atoli ta okoliczność, iż ty go kochasz. Tak jest, kochaj go z całych sił, kochaj go za nas obie.
— Tak, panienko, ile tylko będę mogła.
Łzy zaświeciły w ich oczach, a Klotylda dodała jeszcze:
— Czy chcesz mię, Martyno uściskać?
— Och: tak, panienko, bardzo chętnie.
I rzuciły się sobie w objęcia i ściskały się jeszcze, gdy Pascal wszedł z powrotem do pokoju.
Udał, że ich nie spostrzega, by bez wątpienia nie rozczulać siebie samego. Potem głosem donośnym mówić zaczął o ostatnich przygotowaniach do odjazdu, jak człowiek spieszący się, który za żadną cenę nie chciałby się spóźnić na pociąg. Powiązał już tłumoki, a ojciec Durieu