Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/24

Ta strona została skorygowana.


Na godzinę już przed pogrzebem schody zapełniają się ludźmi. Bramę wjazdową przybrano w czarne draperye z srebrną frendzlą. Trumnę otaczają płonące świece, pokrywają bukiety i wieńce. Każdy z przybyłych sięga po kropidło, umieszczone w nogach trumny i kropi zwłoki. O godzinie jedenastej pochód wyrusza pod wodzą synów zmarłej, idących tuż za trumną. Dalej zaś urzędnicy wyższej rangi, kilku bogatych przemysłowców, cała wysoka burżuazya, pełna powagi i trochę nadęta, rzucająca skośne spojrzenia na ciekawych, którzy się zatrzymują na trotoarze. Dwanaście karet żałobnych zamyka pochód. Zwracają one ogólną uwagę, mieszkańcy dzielnicy rachują, ile ich jest.
W orszaku tymczasem dają się słyszeć głosy współczucia dla trzech osieroconych synów, którzy w czarnych strojach i rękawiczkach postępują za trumną ze schylonemi głowami, mając na twarzy czerwone ślady łez. Opinia orzekła jednogłośnie, że chowają matkę w sposób nic nie zostawiający do życzenia. Karawan naprzykład jest III. klasy; będzie to kosztować parę tysięcy franków. Stary notaryusz, uśmiechając się subtelnie, wygłasza uwagę:
— Gdyby pani Guérard sama sobie urządzała pogrzeb, zamówiłaby o sześć fiakrów mniej, dla oszczędności.
Bramy kościoła stoją otworem, organy grają,