Strona:PL Zola - Paryż. T. 1.djvu/450

Ta strona została uwierzytelniona.

Zamilkł nagle, spostrzegłszy Gerarda przeciskającego się dyskretnie, bez pośpiechu, pomiędzy tłumem strojnych kobiet, zalegających salony. Giestykulując, przywołał go; a gdy młody człowiek był już blizko, Duvillard rzekł nieledwie z prośbą:
— Drogi Gerardzie, liczę, że mi nie odmówisz oddania wielkiej przysługi...
Ciszej, na ucho opowiadał całą sprawę, nie ukrywając radości, że słynny krytyk, mogący decydować o przyszłej karyerze Sylwii, dał się uprosić i przyjął zaproszenie na obiad dziś odbyć się mający. Wszak w tak ważnej okoliczności wszyscy przyjaciele Sylwii powinni się zgrupować dokoła niej, prosty obowiązek im to nakazuje.
— Żałuję, że nie będę mógł służyć swoją osobą — rzekł Gerard z zakłopotaniem. — Matka moja jest trochę dziś niedomagającą, więc obiecałem jej, że wcześnie wrócę, by dotrzymać jej towarzystwa.
— Twoja matka jest zbyt rozumną kobietą, by nie uwzględnić wyjątkowej okoliczności, a przyznasz, mój drogi, że okoliczność, którą już teraz znasz, jest najwyższej wagi... Wróć więc do siebie i wytłomacz matce, że dzisiejszy wieczór musisz spędzić poza domem, bo od tego zależy szczęście życia jednego z twoich najbliższych przyjaciół...