Strona:PL Zola - Pogrom.djvu/70

Ta strona została uwierzytelniona.

mia szalońska cofała się od rana i biwakowała w temże miejscu. Jakoż, na całym widnokręgu aż do Saint-Thierry i Neuvillette, nawet po za drogą do Laon, bielały namioty; ogniska czterech korpusów armii gorzały wieczorem. Widocznie wziął górę plan zajęcia pozycyi pod Paryżem i czekania tu na prusaków. Był z tego bardzo zadowolony. Wszak był to plan najmądrzejszy?
Owego dnia, Maurycy całe popołudnie przepędził, włócząc się po obozie, zbierając nowiny. Panowała zupełna swoboda, karność całkiem zwolniała, żołnierze wychodzili i wracali jak i kiedy im się żywnie podobało. Mógł więc najspokojniej iść do Reims, gdzie chciał zmienić przekaz na sto franków, jaki mu przysłała siostra Henryeta. W kawiarni usłyszał, jak jakiś sierżant rozprawiał o złem usposobieniu osiemnastu batalionów gwardyi ruchomej sekwańskiej, którą właśnie odesłano do Paryża; zwłaszcza szósty batalion o mało nie wystrzelał swych oficerów. Tam w obozie generałowie codzień byli znieważani, a żołnierze nie salutowali nawet marszałka Mac-Mahona od czasu bitwy pod Froeschwiller. Kawiarnia brzmiała licznemi głosami, gwałtowna sprzeczka wybuchła między dwoma spokojnymi mieszczanami w kwestyi liczby wojska, jaką marszałek miał wtedy pod swemi rozkazami. Jeden z nich mówił o trzechkroć stu tysiącach, co było poprostu głupstwem. Drugi rozsądniejszy wymieniał cztery korpusy: 12-y